WriteFreely

Reader

Przeczytaj najnowsze wpisy na WriteFreely Polska.

from Madiana Alanina Argon - opowiadania

Lampy aktywowane przez fotokomórki zapaliły się z cichym kliknięciem. Rosaly Mingler zatrzymała się i lekko skrzywiła. Żółtawy kolor światła powodował u niej znaczny dyskomfort. Nigdy nie rozumiała innych pracowników szpitala, kiedy twierdzili, że ten odcień, określany przez nich jako ciepły, jest bardziej przyjazny dla układu nerwowego. Może to znak, żeby przestać przychodzić tu po godzinach, pomyślała Rosaly gorzko, odbijając w prawo od głównego korytarza i tym samym włączając światła w kolejnej części budynku. Ostatecznie zakład patomorfologii nie działał w nocy. To nie był pierwszy raz, kiedy Rosaly zjawiała się w szpitalu tak późno. W ostatnich miesiącach często zdarzało jej się zostawiać w gabinecie coś, o czym przypominała sobie już po powrocie do mieszkania. Kilka razy miała tylko niejasne wrażenie, że o czymś zapomniała, ale nie dawało jej to spokoju na tyle, że musiała wrócić i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. W ten piątkowy wieczór udało jej się zostawić portfel wraz ze wszystkimi dokumentami. Może wstrzymałaby się z tym do rana, gdyby następnego dnia nie musiała wyjeżdżać na cały dzień poza miasto. Dochodząc do przeszklonych drzwi swojego oddziału, Rosaly pomyślała ponuro, że potrzebuje urlopu. Właściwie nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem brała wolne. Kolejne kliknięcie rozległo się nad jej głową i następny odcinek korytarza został oświetlony. Stąd Rosaly widziała znajdujące się po lewej stronie drzwi gabinetu. Miała już iść w ich stronę, ale nagle dotarło do niej, co widzi przed sobą. W jeszcze dalszej części korytarza już wcześniej paliło się światło. Oprócz niej musiał tu być ktoś jeszcze. Kobieta przyspieszyła kroku. Nie umiała sobie wyobrazić, dlaczego ktoś, poza nią samą, miałby się tu znaleźć o tej porze. Z niej koledzy z zakładu już zaczęli żartować. Ktoś ostatnio nazwał ją duchem straszącym w kostnicy. Rosaly nie wierzyła w duchy. W ciągu ostatnich kilku lat miała okazję oglądać tyle martwych ciał, że nie robiło to na niej większego wrażenia. Nie zauważyła dotąd niczego, co mogłoby wskazywać na istnienie duszy albo jakiejś formy egzystencji po śmierci. Przeciwnie, widok zwłok budził w niej myśl o całkowitej nieobecności, tak namacalnej, że za każdym razem wywoływała lekkie zaskoczenie. Przeszła do miejsca, gdzie korytarz się rozszerzał. Z prawej strony stały trzy plastikowe krzesła, z lewej niskie stare biurko i rząd regałów z niewielkimi kwadratowymi szafkami. Dalej korytarz zakręcał w lewo, w stronę prosektorium. Rosaly dała kilka kroków w tamtym kierunku, kiedy usłyszała odgłos gwałtownie otwieranych drzwi. Mimowolnie drgnęła i poczuła jak jej puls lekko przyspiesza. Nie było się przecież czego bać. Duchy nie istniały. Na tym oddziale straszyła tylko ona. Znalazła się na zakręcie i mogła w końcu spojrzeć w głąb korytarza. Widok człowieka w białym fartuchu sam w sobie nie jest w szpitalu niczym dziwnym. Zwykle jednak fartuch nie był jedynym elementem stroju lekarza. A ten człowiek poza nim wydawał się nagi, spod fartucha wystawały odsłonięte łydki i bose stopy. Ponieważ powoli zbliżał się do zakrętu, w pewnym momencie Rosaly zobaczyła jego twarz. Wydała z siebie stłumiony okrzyk, jakby coś zacisnęło się wokół jej gardła. Rozpoznawała tę twarz! W pewnym sensie znała tego człowieka. Wiedziała, że nazywał się Tarrel Corblin i miał dwadzieścia cztery lata. Znała jego wzrost i wagę, wiedziała, że ogólnie jeszcze był zdrowy, chociaż regularnie nadużywał alkoholu i czasem próbował ulicznych prochów. I ona sama, osobiście dzień wcześniej przeprowadziła jego autopsję po tym jak przywieziono na oddział jego ciało. Tarrel Corblin był niecałe pięć metrów od niej, kiedy Rosaly zaczęła się gwałtownie cofać. Nie mogła powstrzymać się przed patrzeniem w jego oczy, jednolicie czarne, bez białek i tęczówek, które zdawały się pochłaniać światło. Zdała sobie sprawę, że nie ma już do czynienia z człowiekiem, ale czymś, co nie miało prawa istnieć. Upiorem. Wampirem. Ghulem. Zombie. Przez głowę przebiegały jej rozmaite motywy z horrorów, których trochę w życiu zdążyła obejrzeć. – Ty nie żyjesz – powiedziała, jakby było to magiczne zaklęcie mające powstrzymać idącego ku niej żywego trupa. Zrobiła kolejny krok do tyłu i poczuła, że uderza nogą w jedno z krzeseł. Nie mogła cofać się dalej. Tarrel zatrzymał się przed nią i zmrużył oczy. – Na to wygląda – mruknął, przez chwilę pokazując wydłużone ostre kły – Doktor Mingler? Rosaly zaczęła gwałtownie kiwać głową. Miała wielką ochotę zamknąć oczy, ale jednocześnie była przekonana, że kiedy przestanie patrzeć na upiora przed sobą, ten rzuci jej się do gardła. Mogła się zdobyć jedynie na naprzemienne zaciskanie pięści i prostowanie palców. W tym momencie oddychała zbyt płytko, żeby móc swobodnie mówić. – Pokroiła mnie pani – to było bardziej stwierdzenie niż pytanie. Rosaly znowu pokiwała głową. – To… moja praca – wyjąkała – Każdy kto tu trafia… nie żyje. Ty też… byłeś... martwy… Byłam absolutnie pewna… – I chyba nadal jestem – odpowiedział Tarrel spokojnie, rozsuwając poły fartucha. Od ramion ku środkowi klatki piersiowej i dalej w dół ciągnął się charakterystyczny ślad cięcia, kontrastujący z bladą skórą. Na ten widok Rosaly mimowolnie spróbowała cofnąć się o kolejny krok. – Śmiało, niech pani sprawdzi, że serce nie bije – zachęcił Tarrel. Rosaly nerwowo przełknęła ślinę, ale niechętnie wyciągnęła rękę w jego stronę. Uznała, że bezpieczniej będzie zrobić to, czego tamten sobie życzył. Może były jakieś szanse, że wyjdzie z tego spotkania żywa. Położyła dłoń na klatce piersiowej młodzieńca. Starała się nie dotykać śladów cięcia, nie była pewna, czy to mogło sprawiać tamtemu ból. Wolała nie sprowokować gniewu istoty, którą obecnie był Tarrel Corblin. Mimowolnie zauważyła jak bardzo zimna była jego skóra. Od momentu, kiedy wydostał się z chłodni nie mogło minąć zbyt wiele czasu. Sama myśl o tym sprawiła, że Rosaly zrobiło się jeszcze bardziej słabo. Z ulgą zobaczyła, że tamten cofa się i podchodzi do biurka. Zwróciła uwagę na jego niepewny krok. Był zdezorientowany? Cały czas odczuwał ból? Czy może wkrótce miał nim zawładnąć głód… Rosaly spróbowała przywołać filmowe wyobrażenia nieumarłych. Wampiry żywiły się krwią żyjących istot, zombie polowały na ludzi, zależnie od wersji dla mięsa albo mózgów, ghulom chyba wystarczały zwłoki. Co zamierzał zrobić Tarrel i czy Rosaly miała się o tym przekonać w momencie, kiedy stanie się jego ofiarą? Tarrel chwilowo nie zwracał na nią uwagi i rozchylił fartuch jeszcze bardziej. Odsłonił kolejne rany, znacznie mniejsze, na boku i z prawej strony brzucha. Rosaly była przekonana, że to jedna z nich doprowadziła do śmierci tego nieszczęśnika. Teraz jednak rany wydawały się częściowo zasklepione. – W filmach wampiry mają zdolność regeneracji – stwierdził Tarrel z rezygnacją i potrząsnął głową. Rosaly odruchowo podeszła bliżej. Nic nie wskazywało, że tamten zamierzał ją w tym momencie zaatakować. Przez jej głowę przebiegła absurdalna w tej sytuacji myśl. Ten młody człowiek był ostatecznie jej pacjentem. Nawet, kiedy zamiast leżeć w chłodni jak pozostali zmarli, postanowił wstać o własnych siłach i znalazł się tutaj. – Może musisz poczekać? – podsunęła Rosaly – Może to zaczyna działać po pewnym czasie, albo… Urwała i nerwowo przełknęła ślinę. W popkulturowych przedstawieniach wampiry często nabierały sił po polowaniu. Jeśli Tarrel jeszcze o tym nie pomyślał, Rosaly nie powinna sama podsuwać mu takich wniosków. – W każdym razie obecnie to wygląda dużo lepiej niż wtedy… – spróbowała dokończyć i znowu urwała. Tamten parsknął krótkim śmiechem. – Wtedy, kiedy pani skończyła? Nie musi się pani bać tego powiedzieć, pani doktor. W końcu to nie pani mnie zabiła, prawda? Nic do pani nie mam. Tak właściwie to... od czego umarłem? Rosaly w końcu zamknęła oczy i kilka razy głęboko odetchnęła. Chciała, żeby jej głos brzmiał możliwie spokojnie. – Duży krwotok, w tym wewnętrzny – powiedziała – Dziewięć ciosów krótkim nożem. Czymś większym niż scyzoryk, który miałeś przy sobie. Zabójca trzy razy trafił w wątrobę, ale inne narządy też zostały uszkodzone. A rozcięcia na rękach nie były głębokie, od samego tego raczej byś się nie wykrwawił. – Pani pewnie ma to wszystko zapisane? Tarrel odwrócił się w stronę Rosaly i po chwili zamknął oczy. W chwili śmierci był młody i we względnie dobrej kondycji, ale teraz jego twarz nabrała wręcz posągowej urody. Nawet w nieprzyjemnym żółtym świetle jego rysy wydawały się pozbawione wszelkich niedoskonałości. Wyglądał tak, jak Rosaly mogłaby wyobrażać sobie anioła. Albo demona. Ostatecznie demony miały być upadłymi aniołami. Kiedy tamten się odezwał i znowu zaprezentował przy tym długie kły, Rosaly zaczęła skłaniać się bardziej ku tej drugiej opcji. – Dlaczego pani przyszła tu w nocy, pani doktor? – spytał Tarrel – Chyba nie dlatego, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie próbuje uciec z prosektorium? Rosaly, która przez chwilę była niemal spokojna, znowu poczuła przypływ paniki. Splotła dłonie przed sobą. – Coś tu zostawiłam – powiedziała szybko – Przyszłam tego poszukać. Nie podobało jej się, że znowu przyjęła obronny ton. Takie wyjaśnienie jednak najwyraźniej wystarczyło, bo tamten znowu spojrzał przed siebie, na ścianę z dwoma niewielkimi, wysoko umieszczonymi oknami. – Jeśli ma pani raport z mojej sekcji, czy mógłbym dostać kopię? – spytał cicho. W tym momencie wydawał się zupełnie niegroźny, wręcz tak bezradny, że mógł wzbudzać współczucie. – To jeszcze nie jest uporządkowane – wyjaśniła Rosaly, powoli, tyłem, wycofując się w stronę drzwi swojego gabinetu – Może za kilka dni… Ugryzła się w język, kolejny raz zła na siebie. Co próbowała przez to powiedzieć? Naprawdę zamierzała się gdzieś z nim spotkać, jeśli już zdoła się stąd wydostać? Przez chwilę przeskakiwała wzrokiem pomiędzy drzwiami gabinetu a pochyloną postacią opartą o biurko. Nacisnęła klamkę i powoli uchylała drzwi. Mogła wejść bokiem do środka, ale w którymś momencie i tak musiała odwrócić się w stronę swojego biurka i stanąć tyłem do drzwi. Może powinna zabarykadować się w środku i próbować wezwać pomoc. Wzięła głęboki oddech jakby zamierzała nurkować i znalazła się przy swoim biurku, Ciemny skórzany portfel, wypchany do granic możliwości, na szczęście leżał na wierzchu, na stosie zadrukowanych drobną czcionką kartek. Szybko podniosła go i wycofała się do drzwi. Rzuciła nerwowe spojrzenie w głąb korytarza. Widok Tarrela nadal stojącego w tym samym miejscu w jakimś stopniu przyniósł jej ulgę. Przelotnie pomyślała, że to mógłby być dobry moment na ucieczkę. Miała to, po co tu przyszła, mogła odwrócić się i ile sił w nogach popędzić w stronę szklanych drzwi. Wydostać się poza oddział, gdzie istniała szansa spotkania kogoś z pracowników. Tam byłaby bezpieczna. Była prawie pewna, że obecnie Tarrel Corblin nie uzyskał jeszcze pełni sił wynikających z natury nieumarłego i próba ucieczki miała jakieś realne szanse powodzenia. Coś jednak sprawiło, że nadal stała obok przymkniętych drzwi. Miała nieodparte wrażenie, że tamten czegoś od niej chciał. No i, do diabła, był jej pacjentem. Rosaly zaczęła powoli iść w stronę biurka. – Wie pani co, pani doktor? – odezwał się Tarrel, nie patrząc w jej stronę – Chyba już od długiego czasu nie myślałem tak trzeźwo. Albo piłem, albo coś wciągałem, albo miałem kaca. Rosaly w zadumie patrzyła na jego profil, na czarne włosy, teraz lekko pozlepiane od wilgoci. Kilka kosmyków przykleiło się do bladego czoła. Anioł czy demon? – Miałeś we krwi sporo alkoholu i trochę pochodnych amfetaminy – powiedziała Rosaly odruchowo. Tamten tylko smętnie pokiwał głową. – Trochę na sumieniu miałem, tak jak pozostali. Bójki, dragi, czasem coś ukradłem… Wyprostował się gwałtownie i spojrzał na Rosaly z poważną miną. – Ale nigdy, przenigdy nie zamierzałem wejść w handel pod szkołami. Nigdy. Mógłbym przed sądem przysięgać na wszystko. – Handel? – spytała Rosaly, gwałtownie mrugając oczami, bardziej nawet zaskoczona niż przestraszona. – No, sprzedawanie dzieciakom dragów, dopalaczy i reszty tego syfu. Beny i A.J. byli gotowi zaczynać od razu. Nigdy nie czułem, żebym był od nich lepszy, ale nie zamierzałem stać się aż takim draniem. Może jeszcze nie przeżarło mi mózgu do tego stopnia… Ale mimo wszystko wierzyłem, że mogę im przemówić do rozsądku… Powstrzymać ich. Za nic w świecie nie chciałbym, żeby kolejne dzieciaki weszły w to bagno. Żeby dały się wciągnąć i skończyły tak jak ja. – Beny i A.J.? – Rosaly zniżyła głos do szeptu – Chcesz powiedzieć, że wiesz, kto cię zabił? Tarrel gwałtownie potrząsnął głową. – Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia. Nikt z nas nie był trzeźwy, kiedy się pokłóciliśmy i chyba każdy miał przy jakiś nóż albo scyzoryk. Rosaly spróbowała przypomnieć sobie, co wiedziała o całej sprawie. Zakrwawione ciało młodego człowieka znaleziono za budynkami starej fabryki na zachodnich obrzeżach miasta. Był tam duży betonowy plac zarastający trawą, pozostałości blaszanych bud i kilka nieużywanych garaży. Podobno właściciel obskurnego baru w tamtej okolicy poprzedniego wieczoru wyprosił czwórkę młodych ludzi, którzy po kilku drinkach zaczęli się awanturować. Przenieśli się zatem na zewnątrz, w miejsce, gdzie raczej nikt nie mógł im przeszkadzać. – Chyba potem pojawili się inni – odezwał się Tarrel po dłuższej chwili – To zawsze było miejsce spotkań różnych wyrzutków. Naprawdę niewiele pamiętam, poza tym, że się pobiliśmy. W którymś momencie chyba naprawdę dostałam nożem. Byliśmy na takim haju, że mogło zdarzyć się wszystko. Spojrzał na swoje ręce. Miał na dłoniach i nadgarstkach ślady, jasne, coraz mniej widoczne blizny. Te rany znikały najszybciej. – Cholera – jęknął – Czy Lilla… moja siostra… wie? – Była tu wczoraj rano, żeby zidentyfikować ciało. Ciężko to zniosła. Płakała. Powiedziała, że chciałaby cofnąć czas, żeby ci pomóc. Tarrel w odpowiedzi ukrył twarz w dłoniach. Po chwili wstał i znowu rzucił Rosaly ciężkie spojrzenie. – Pani doktor, są tu moje rzeczy? – spytał – Dam radę je odzyskać? Rosaly zawahała się. – Tak, tylko potrzebuję znaleźć klucz… Co zamierzasz zrobić? – No… jakoś stąd wyjść. A potem… jeszcze nie wiem. Cholera, ja nawet nie wiem, co się teraz ze mną dzieje. Rosaly kolejny raz poszła do gabinetu po klucze. Tym razem Tarrel ruszył za nią. Rosaly starała się walczyć z przemożną chęcią spoglądania za siebie. Nie wiedziała, czy wynikało to ze strachu i świadomości, co jej towarzyszy, czy rzeczywiście był to rodzaj intuicji, ale miała wrażenie, że coś czuje. Z braku lepszego określenia mogła to nazywać negatywną aurą. Całe ciało kobiety zdawało się wewnętrznie krzyczeć, że tuż obok znajduje się coś bardzo złego i niewłaściwego. Czyli faktycznie raczej demon. Nie przyglądała się, jak Tarrel się przebiera, pozwalała sobie tylko widzieć go kątem oka. Nie była pewna, czy miało to jakiekolwiek znaczenie, skoro półtora dnia wcześniej mogła oglądać go dokładniej niż ktokolwiek inny. Tarrel zawahał się, oglądając swój podkoszulek, wcześniej zielonobrązowy, obecnie prawie czarny od krwi i pocięty. Ostatecznie założył dżinsową kurtkę na gołe ciało a koszulkę zwinął w kłębek i wziął pod pachę. Wolną ręką schował portfel i scyzoryk do kieszeni spodni. – Może… wyjdziemy którymś bocznym wyjściem? – zaproponowała Rosaly niepewnie – Jeśli gdzieś będzie otwarte. Mniejsza szansa, że na kogoś wpadniemy. Tarrel skinął głową. – Proszę prowadzić, pani doktor.

Beny Morland obserwował, jak rzeczywistość się rozpływa. Ta świadomość wypełniała go błogim spokojem. Lubił to. Wewnętrzny głos mówił mu, że dobry dealer nie powinien zażywać własnego towaru, ale tej nocy Beny dał sobie przyzwolenie na chwilę zapomnienia. Potrzebował tego. Musiał odreagować wydarzenia ostatnich dni. Tarrel stchórzył i nagle zaczął mieć jakieś moralne rozterki. Ralvin też prawie się wtedy wyłamał, co akurat nie było niespodzianką. Ralvin zawsze był tchórzem. A kiedy okazało się, że Tarrel faktycznie nie żyje, młody nie odzywał się przez dwa dni. Aż do teraz. Beny nawet nie był pewien, co wydarzyło się tamtej nocy. Najpierw szarpali się między sobą, potem pojawili się inni ludzie. Przypuszczalnie tak samo wystrzeleni w inny wymiar przez chemiczną mieszankę krążącą w ich żyłach. Beny właściwie był zaskoczony, że ostatecznie nie było więcej ofiar. Rozległ się donośny łomot. Przez dłuższą chwilę Beny próbował zrozumieć, co właściwie słyszy, zanim uświadomił sobie, że to ktoś najwyraźniej uderzał pięściami w drzwi. Pewnie młody wyszedł na zewnątrz zapalić i zapomniał, że drzwi są otwarte. Musiał być teraz co najmniej w takim samym stanie jak on sam. Beny wstał z wytartej, poplamionej kanapy i niepewnym krokiem przeszedł przez pomieszczenie pełne kartonów, puszek, butelek i worków śmieci. – Ralvin, ty kretynie, nie ćpaj już więcej! – jęknął przeciągle, otwierając drzwi. W ciemności na podeście pod drzwiami wcale nie stał Ralvin. Ten człowiek był wyższy i nosił luźną ciemnoszarą bluzę z kapturem. Cień zasłaniał mu twarz, dopóki nie podszedł bliżej. – Cześć, Beny – odezwał się głos, którego Beny zdecydowanie nie spodziewał się usłyszeć – Czy przypadkiem nie tęskniliście za mną?

- Rosaly? Czy ty w ogóle mnie słuchasz? Rosaly gwałtownie zamrugała. Alma Waxton wpatrywała się w nią z drugiej strony stolika, wydymając usta w wyrazie jednocześnie niepokoju i dezaprobaty. – Przepraszam – mruknęła Rosaly – Zamyśliłam się. – Właśnie widzę. Cały czas myślisz o tym przesłuchaniu? Było, minęło, życie toczy się dalej. Przecież nie chodziło o ciebie, prawda? – Raczej nie. Kiedy okazało się, że zwłoki niedawno zabitego Tarrela Corblina zniknęły, przesłuchani zostali wszyscy pracownicy zakładu patomorfologii. W przypadku Rosaly ktoś rozpoznał ją na kilku nagraniach z kamer monitoringu z tamtej nocy. Najpierw była sama, później w towarzystwie niezidentyfikowanego bruneta. Szli powoli korytarzem, z pustymi rękami. Trudno było uznać taki materiał za kompromitujący w jakikolwiek sposób. Policja pytała, czy widziała coś niecodziennego. Rosaly ze spokojną pewnością siebie zaprzeczyła. A dwa dni później uwagę wszystkich skupiła kolejna tragedia. Trzy trupy w jednym z niszczejących domów na obrzeżach miasta. Wyglądało to na bójkę z użyciem noży pod wpływem narkotykowej psychozy. Żaden z młodych mężczyzn nie przeżył ran i utraty krwi. – Myślisz, że te kolejne zabójstwa to dalszy ciąg tej sprawy? – spytała Alma, stukając łyżeczką o dno prawie pustej filiżanki. Rosaly wzruszyła ramionami, siląc się na obojętność. – Nie mam pojęcia. Słyszałam, że oni się znali z Corblinem i prawdopodobnie byliby pierwszymi podejrzanymi o jego zabójstwo. Ale może cały ten uliczny półświatek się zna. Alma odłożyła łyżeczkę i podniosła filiżankę do ust. – W każdym razie to żadna strata – stwierdziła – Oni wszyscy byli zaćpanymi mętami, którym nie chciało się wziąć do uczciwej pracy. – Nie mów tak! – zaprotestowała Rosaly – Tarrel Corblin nie był zaćpanym mętem. Był po prostu młodym człowiekiem, który od początku nie miał szczęścia w życiu. Do chwili wyjścia z kawiarni już tylko milczała, wpatrując się ponuro w swój talerzyk z resztkami okruchów po szarlotce. Myślała przy tym o wszystkim, co w ciągu ostatnich kilku dni zdążyła wyczytać na temat Tarrela Corblina. Ojciec alkoholik, który nie potrafił utrzymać pracy i chora matka na rencie inwalidzkiej. Od najmłodszych lat agresja i przemoc w czterech ścianach brudnego zaniedbanego domu. Interwencje instytucji, które miały pomóc, nie doprowadziły do istotnej poprawy życia tej rodziny. Jako nastolatek Tarrel zaczął pić i kraść ze sklepów. W którymś momencie ktoś musiał poczęstować go narkotykami. Za nic w świecie nie chciałbym, żeby kolejne dzieciaki weszły w to bagno. Żeby dały się wciągnąć i skończyły tak jak ja. Rosaly była praktycznie pewna, że Tarrel złożył wizytę swoim byłym towarzyszom niedoli. Poczuła nagły dreszcz, który nawet nie miał nic wspólnego z wyjściem z przytulnego pomieszczenia na wieczorny chłód. Jeśli Tarrel zabił tych trzech, ona także, przynajmniej w jakimś stopniu, była za to odpowiedzialna. To ona pozwoliła Tarrelowi odejść, wypuściła na świat tego demona. Ściskając Almę na pożegnanie, Rosaly myślała o Lilli Corblin. Podobno młodsza siostra Tarrela w wieku dziesięciu lat została odesłana do dziadków, rodziców matki. W ten sposób udało jej się uniknąć losu brata. Tarrel w tamtym czasie był już zbyt trudnym dzieckiem, żeby starsi ludzie mogli się nim zająć. Rosaly pomyślała ze smutkiem, że tego młodego człowieka każdy po kolei zawiódł. Teraz lepiej rozumiała gwałtowną emocjonalną reakcję Lilli, kiedy ta musiała obejrzeć ciało brata. Ten niepohamowany szloch wyrażał nie tylko ból straty, ale i poczucie winy, o którym wiedziała, że będzie ją dręczyć przez resztę życia. Czy Tarrel już spotkał się z Lillą? Rosaly nie była pewna, czy bardziej chciała, żeby tak było, czy wręcz przeciwnie. Przeszła na skróty między blokami i znalazła się w parku przylegającym do osiedla, w którym mieszkała. Kilka lamp oświetlało główne ścieżki, ale wszystko wokół tonęło w cieniu. Kobieta mimowolnie zadrżała. Tu miała spotkać się z Tarrelem, kiedy upłynie tydzień od jego ucieczki z prosektorium. Kiedy opuszczali szpital, obiecała, że dostarczy mu kopię raportu z autopsji. Do tego czasu pozostały dwa dni. Koło jednej z lamp widziała staruszka z małym pieskiem na smyczy. Obok szybkim krokiem przeszła kobieta idąca w przeciwnym kierunku. Rosaly miała wrażenie, że coś jeszcze porusza się między drzewami poza zasięgiem światła lamp. Zaciskając pięści, ruszyła dalej. W pewnym momencie zobaczyła, jak od prawej strony zbliża się do niej cień. Ludzka sylwetka, wyraźnie starająca się trzymać w cieniu drzew, zatrzymała się kilkanaście metrów od niej. Rosaly także zatrzymała się i spojrzała wprost na ciemną postać. Tamten uniósł prawą rękę jakby w geście powitania, po czym odwrócił się i szybko oddalił w stronę niskiego murku i stojącego za nim rzędu garaży. Chwilę później Rosaly mogła być świadkiem niesamowitego pokazu parkouru, wymagającego nadludzkiej szybkości, zręczności i wyczucia równowagi. Wyglądało na to, że Tarrel w końcu uzyskał pełnię możliwości. Pożywił się przy okazji rozprawiania się z dawnymi towarzyszami? Dokąd zmierzał teraz i co planował? Za dwa dni Rosaly będzie miała okazję go o to spytać. Podobnie jak o siostrę. Albo może powinna pozwolić, żeby sam jej powiedział jeśli zechce? Patrząc w punkt, w którym ciemna sylwetka zniknęła jej z oczu, Rosaly gorzko zaśmiała się w duchu. Anioł czy demon? Czy to pytanie w ogóle miało sens? Tarrel Corblin, nawet po śmierci, pozostawał tylko albo aż człowiekiem.

 
Czytaj dalej...

from Olcia

Kwiecień i maj w książkach – spotkanie z Mistrzem, kupiłam książkę i żałuję, zanurzyłam paluszek w Świecie dysku.

To będzie długi wpis, nie mogłam się zebrać w maju do dokończenia kwietnia, więc kończę go w czerwcu.

KWIECIEŃ To był intensywny i dziwny miesiąc. Finalnie przeczytałam 4 książki, w tym jeden tomik poezji. Zanim przejdę do krótkich recenzji tych książek, poruszę pewną kwestię. Mam wrażenie, że czytanie książek w kwietniu ciągnęło się jak guma. Było w tym coś męczącego, niewygodnego. Dużo też dzieje się w mojej głowie, dużo przepracowuję i sądzę, że rzuciłam sobie na ruszt za dużo ciężkich książek, które chcę przeczytać, ale to nie ten moment. Zrozumiałam, że nie ma sensu czytać na siłę, bo teraz nie szukam w czytaniu aż tyle rozwoju, powodów do przemyśleń i odkryć, a raczej dobrą zabawę, oderwanie od codzienności i radość. Potrzebuję w swojej głowie więcej miejsca na codzienność, życie, a nie mielenie tego, co właśnie przeczytałam. Z tych przemyśleń narodziła się decyzja o odpuszczeniu sobie (nie tylko czytania poważnych rzeczy, ale może o tym kiedy indziej) oraz powstała lista (wiem, pisałam, że koniec z listami) z inspiracjami do czytania na lato, tytuły i rzeczy, które chcę mieć na radarze.

Druga sprawa. 30.04 byłam w księgarni, w Świecie książki. Robiąc zakupy w jednej z galerii handlowych, zapragnęłam wpaść na chwilę do księgarni, w sumie nie wiedząc po co. Wiecie co? Poczułam ogromny spokój i wdzięczność, za to, że mogę czytać, bez kupowania książek w papierowym wydaniu. Cieszę się, że istnieje takie coś jak Legimi i za niewielką kwotę miesięcznie mogę przeczytać kilka książek oraz że istnieją biblioteki, mogę tam iść, wypożyczyć, przeczytać, a potem po prostu oddać tę książkę i nie dbać więcej o nią. Mam taką teorię, że to wyszło z poczucia, że nie wszystko muszę mieć tak na własność. Plus – poczułam się przytłoczona księgarnią, tym ogromnym asortymentem, ale moje poczucie przytłoczenia w sklepach to temat na osobny wpis. Jednak. Pod koniec maja naszła mnie ochota na przeczytanie czegoś po angielsku, po przejrzeniu domowej biblioteczki stwierdziłam, że może jednak coś kupię. Przecież od kupna jednej książki świat się nie skończy, a ja będę czuła się dobrze ze sobą. Zamówiła “Lonley castle in the mirror” coś, co jest od dawna na mojej liście “przeczytać”. Moja radość z kupna skończyła się z chwilą otwarcia paczki i zauważeniem, że mój egzemplarz ma uszkodzony grzbiet. Traktuję to jako znak od wszechświata, żeby trwać w swoim postanowieniu niekupowania książek.

Podzieliłam się swoimi doświadczeniami, to teraz czas na omówienie tego, co udało mi się przeczytać.

Na podium znajdują się dwie książki – “Mistrz i Małgorzata” oraz “Modlitwa za ciche korony drzew”. Pierwsza, klasyk, europejski autor z XX wieku. O książce słyszałam mnóstwo rzeczy, czytałam nawet streszczenie wiele lat temu (w pewnym momencie to była chyba lektura szkolna i jej opracowanie znalazło się w jednej z pozycji, która wpadła mi do rąk w szkole). Teraz przeczytałam świetne tłumaczenie Krzysztofa Tura. Ponadto to wydanie zawiera też wczesną wersję książki Bułhakowa, która jest mroczniejsza, bardziej odważna i piękniejsza językowo. Po przeczytaniu wczesnej wersji zrobiło mi się przykro, bo widać jak bardzo cenzura, i sam autor, zmieniła tę historię. Pierwotnie było bardziej mocniej, z większym polotem. “Modlitwa za ciche korony drzew” – jejku, jak mnie to sponiewierało emocjonalnie, dużo wzruszeń i przemyśleń. Relacja Dex i Mszaczka to coś cudownego i wzruszającego. Dużo tutaj o przemijaniu, poznawaniu siebie i swoich granic. I odnalezieniu siebie. Przeczytałam też “Trzydzieści kopert” – historia bohaterki zbliżającej się do 30-stki, która otrzymała od przyjaciela 30 kopert z zadaniami do zrobienia przed urodzinami. To historia, która miała ogromny potencjał, ale zabrakło warsztatu i być może pomysłów na rozwiązania inne niż często spotykane w tego typu historiach. Ciekawy pomysł i na tym koniec.

MAJ Ten miesiąc rozpoczęłam idealnie, w majówkę głównie leżałam i czytałam. Potem życie trochę nabrało tempa i czytałam już mniej, ale w sumie przeczytałam 5 książek i rozpoczęłam dwie kolejne. Niestety miałam też w rękach jedną z najgorszych książek, jakich czytałam w moim życiu. Ale o tym później, najpierw przyjemniejsze rzeczy.

Tym razem sięgnęłam do plakatu zdrapkowego z książkami i wybrała dwa tytuły – “Kolor magii” Pratchetta i “Ja chyba zwariuję” Pierwszy tytuł okazał się strzałem w 10. Poznanie nowego fantastycznego świata sprawiło mi dużo radości, a humor i spostrzeżenia autora bardzo do mnie trafiły. Tylko ci bohaterowie, obchodził mnie dosłownie 1 główny bohater, Dwukiat, reszta była nijaka dla mnie. Z pobocznych postaci bardzo zaintrygowała mnie Śmierć (pisząc te słowa mam w domu kolejny tom, “Mort”) Przeczytałam też “Ten głód” – historia — spowiedź, seryjnej morderczyni i kanibalki w jednym, która z zawodu była krytykiem kulinarnym. Obrzydliwa, ale dobrze napisana, akcja czasami zwalnia na rzecz ciekawostek kulinarnych (dla mnie bardzo ciekawych). Wciągnęła, ale też nie była wybitnym dziełem literackim, nie sięgnę też pewnie po nią drugi raz. Oprócz przeczytania samej książki prześledziłam też trochę, jak użytkownicy social media, głównie tiktoka, zrobili z głównej bohaterki bohaterkę i ikonę feminizmu. Czytałam i oglądałam to z ogromnym zdziwieniem, bo dla mnie Dorothy jest totalnie antypatyczna. Wyrodna, zła do szpiku kości, często podkreślała w swojej spowiedzi, że nie chce się zmienić i nie żałuję czynów. Nie mam tutaj żadnej puenty, może tylko to, że jeszcze bardziej przestałam rozumieć social media. Na koniec wpisu trochę o jednej z najgorszych książek, jaką miałam w rękach.  Mowa o “Ja chyba zwariuję”. Po przeczytaniu 20 stron książki miałam wrażenie, że tytuł odnosi się do stanu czytelnika podczas czytania tego tworu. Smutne, że pisarka osiągnęła duży sukces i popularność, pisząc historię opartą na głupocie, stereotypach i płytkich postaciach. Ta książka nie ma nic wartościowego do zaoferowania, sceny są albo żenujące, albo głupie, albo obleśne. Porzuciłam ją po 100 stronach, czyli przeczytałam o 99 stron za dużo. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości nie trafię na nic równie okropnego, jak to.

 
Czytaj dalej...

from Cult247

Lilja 4-ever

A powerful and impactful film, this story is masterfully written. Though it carries a somber tone, it is imbued with melancholic and poetic elements. The atmosphere is one of decay—cold, abandoned, and tinged with pessimism. The soundtrack oscillates between frenetic and out-of-context moments, yet often complements the narrative well. The acting is exceptional and incredibly realistic, drawing viewers deeply into the experience. The direction employs close-up shots from unconventional angles, enhancing the sense of immersion. This thought-provoking movie evokes a range of uncomfortable emotions and leaves a lasting impression, especially since it is inspired by real events.

Rating: 10

 
Read more...

from Cult247

Bramayugam

A captivating blend of artistry, suspense, intrigue, beauty, and culture. This film features stunning black-and-white cinematography that crafts a mesmerizing atmosphere filled with tension and suspicion. The story is both original and compelling, enriched with cultural elements and exceptional dialogue. The makeup is remarkable, complemented by an outstanding soundtrack. Every aspect of this movie is executed with a natural finesse, giving it a distinctive charm.

Rating: 9

 
Read more...

from Cult247

What Josiah Saw

An intriguing and captivating story unfolds in this film, which is cleverly divided into chapters that gradually bring everything into focus. While the pacing is somewhat slow and some scenes feel extraneous, the film's length is ultimately justified by an incredible and impactful final act. The performances are outstanding, elevating the narrative to new heights.

Rating: 7

 
Read more...

from Cult247

The Settlers

A challenging and unsettling story, made even more impactful by its basis in real events. The film features numerous slow-paced, contemplative scenes that showcase nature and the environment through stunning cinematography. This deliberate pacing contrasts sharply with intense moments of violence and raw, repulsive imagery that can be difficult to watch.

Rating: 8

 
Read more...

from Codzienność gryzie

Tegoroczne wakacje będą dziwne. Szykuje nam się po wakacjach spore zamieszanie, a te kilka dni, które teraz spędzimy w miejscu pięknym i jeszcze nie rozdeptanym przez turystów, ma nam dać siłę do wytrwania następnych kilku miesięcy. Nie wiem, czy uda nam się całkiem wyłączyć myślenie o trudnym czasie, który nas czeka, ale bardzo chcielibyśmy, żeby te kilka dni dało nam zapomnieć choć na chwilę o rzeczywistości. Codzienność gryzie i dlatego ten niecodzienny wyjazd ma być balsamem dla duszy. Czy uda się? Czy zdołamy wyłączyć strach i obawę? Bardzo bym chciała. woda004

 
Czytaj dalej...

from Codzienność gryzie

Wpis archiwalny (Homoloquens)

Jestem osobą starej daty, z komputerami mam do czynienia od 1982 roku, a w Internecie siedzę od początku (tego polskiego początku). Tym samym czuję się „laikiem uprawnionym“ do formułowania pewnych uogólnień. Przyznaję, w zamierzchłych czasach korzystałam z Napstera, ale od czasu jego kłopotów i hucznego zamknięcia starałam się nie ściągać z Internetu niczego, czego ściąganie nie było pobłogosławione przez właścicieli praw autorskich i majątkowych. Najwyżej odsłuchiwałam na stronie i jeśli lubiłam, próbowałam kupić. Zwykle się udawało. Poza jedną piosenką: „In a broken dream“ Roda Stewarta, moim zdaniem najlepszą w jego twórczości. Tę jeszcze wcześniej próbowałam kupić w USA. Nie udało się – nakład wyczerpany. I dopiero za Napstera ściągnęłam ją z netu. Po prostu nie mogłam jej nie mieć. Od tego czasu reklamuję ją, gdzie mogę. Myślę, że już odpracowałam moje przewinienie.

Moim zdaniem im agresywniejsze działania podejmują autorzy w celu obrony swych praw majątkowych, tym większą szkodę sobie wyrządzają. Po tym, jak pan Kazik rozprawił się ze swym wielbicielem, który od lat prowadził stronę opisującą jego twórczość, obiecałam sobie, że nie będę już kupować tego pana, bo zwyczajnie przestałam go lubić. Dwie oryginalne płytki opchnęłam komuś za grosze i od razu poczułam się lepiej.

Z drugiej strony przypominam sobie, jaką „medialną karierę“ zrobił w naszym domu Therion, podłapany gdzieś w Internecie przez syna. Było to w czasach, gdy ten szwedzki zespół był w Polsce zupełnie nieznany. Trzy czy cztery ściągnięte nielegalnie melodie leciały u nas do znudzenia, aż syn, gdy dowiedział się, że ojciec jedzie do Szwecji, zaordynował: Musisz mi kupić wszystie płyty Theriona, jakie znajdziesz. Po tygodniu mąż wrócił triumfalnie z dwiema płytkami, notebene uchodziwszy się pierwiej jak ksiądz po kolędzie. Od tego czasu Therion panował w naszym domu niepodzielnie przez lat kilka, a liczba oryginalnych płyt znacznie urosła.

Bardzo podobnie przebiegła u nas kariera Marizy. Usłyszałam gdzieś w necie jej piękne pieśni fado i nie mogłam się powstrzymać od poinformowania rodziny, że z prezentów to interesuje mnie tylko Mariza w oryginale. Nigdy bym jednak jej pewnie nie poznała, gdyby reklamowano ją w necie 30 sekundowymi dżinglami. Po prostu nigdy czegoś takiego nie słucham – jak można ocenić, czy się coś lubi po 30 sekundach? Szczerze mówiąc, nie wiem, czy strona, na której słuchałam Marizy po raz pierwszy, była legalna. Ale zadziałała jak najlepsza reklama – mam już sporą biblioteczkę fado, same oryginalne płyty.

Internet jest znakomitym miejscem do reklamowania swej twórczości. Artyści trzęsący się z obawy, że ktoś nielegalnie ich zobaczy lub podsłucha, narażają się na niechęć, a przynajmniej na obojętność. Tymczasem, jak mówi Cory Doctorow, „Problemem nie jest piractwo, problemem jest niewidoczność“. Otóż to, prawdziwym problemem twórców jest ich niewidoczność, zapomnienie, nieobecność. Można oczywiście przypominać o sobie skandalami, ekscesami, pokazywaniem się u boku męża-prezydenta czy procesami o odszkodowania za naruszenie praw majątkowych, ale czy to czasem nie jest kuchenne wejście do Panteonu?

Ja rozumiem – każdy chce mieć czerwone Porsche czy terenowego Lexusa z napędem na 4 koła. Również artysta. Ale prawdziwa sztuka to nie sztabka złota – nie da się jej wycenić na podstawie masy i ceny za uncję. Kto się bierze za sztukę, ten wypływa dość niepewną łódeczką na bardzo burzliwe wody. Czy zyska uwielbienie tłumów zależy nie tylko od jego talentu, ale i od jego osobowości – ale na pewno nie zależy od zastępu prawników, którzy w dzień i w nocy strzec będą jego praw majątkowych. Czasem nielegalnie ściągnięta piosenka może się stać przebojem otwierającym wrota kariery.

Pewnie nikt już nie pamięta, poza matuzalemami takimi jak ja, kartek dźwiękowych tłuczonych za komuny bez jakiegokolwiek szacunku dla praw majątkowych. To dopiero był przemysł piracki. Z tych kartek (no i z Radia Luksemburg) dowiadywaliśmy się, co się śpiewa za granicą – i to nie wschodnią. Czy zaszkodziło to tym sławom? Czy Paul McCartney rwał włosy na myśl, że całe demoludy słuchają pirackich nagrań „Michelle“? Czy Aznavour pochlastał się z rozpaczy, że jego „Apres l’amour“ wysyłano do ukochanej na kartce dźwiękowej z gigantyczną różą w technikolorze?

Najbardziej piratów lęka się była modelka Carla Bruni – ile zaśpiewała w życiu? Ile jej piosenek zyskało światową sławę? Dwie, trzy? Czy nie jest tak, że najbardziej trzęsą się o nielegalne ściąganie ci, których dorobek jest mikry? A tym samym strzelają sobie w stopę – obwarowując swój malutki dorobeczek, skazują się na nieobecność, a nieobecność dla artysty jest gorsza niż spiratowanie jego twórczości.

Iluż to malarzy marzyło po cichu, aby do ich pracowni włamał się ktoś i skradł cały ich dorobek, łącznie z paletą, dając tym samym powód do ogłoszenia światu, że „malarz X jest jednak wielkim malarzem, bo ktoś się nieźle natrudził, by znieść z poddasza po piorunochronie trzydzieści półtorametrowych płócien. Pewnie to był włam na zamówienie, a odbiorcą jest jakiś bogaty koneser“. Policyjną wiadomość powtórzyły by wszystkie bulwarówki, a następnego dnia malarz otrzymałby pewnie ofertę zorganizowania wystawy, pewnie nawet od kilku galerii.

Warto byłoby się zastanowić, co bardziej się opłaca. Czy darmowa reklama w necie, czy twórczość wystawiona za stalową kratą, jak szympans w ZOO, ze znakiem ostrzegawczym: „Nie zbliżać się, bo choć krewniak, to opluwa i rzuca odchodami“?

Warto byłoby się zastanowić, czy stawiamy na dziś, czy na jutro naszej kariery? Czy wchodzimy do Panteonu już dziś, ale cichcem od tylca, czy kiedyś, za to wejściem frontowym? Korzyści z obwarowania twórczości zakazami mogą dać twórcy doraźne zyski i wystarczyć nawet na Porsche. Ale co potem? Od czego odcinać kupony, jeśli powoli odjeżdżamy tym swym porschakiem w artystyczny niebyt?

#blog #prawaautorskie #kontrowersje

 
Czytaj dalej...

from Madiana Alanina Argon - opowiadania

Było wystarczająco późno, żeby budynki, widziane w bladym świetle obu księżyców, były jedynie ciemniejszym konturem na tle nieba. W kilku oknach lokali w sąsiednim segmencie paliło się światło. Reymira Briggsona interesował jeden konkretny lokal, ten skrajny. Dwa ostatnie okna przy krawędzi, oba emanujące łagodną żółtawą poświatą. Chociaż rolety uniemożliwiały dostrzeżenie szczegółów, nadal dało się obserwować z zewnątrz światło, cienie i ruch. Reymir oczekiwał, że prędzej czy później właścicielka mieszkania przypadkiem ustawi się tak, że jej sylwetka stanie się na chwilę widoczna. Zwykle tak się działo. Wzrok chłopaka mimowolnie skierował się w dół, poniżej otaczającego cały segment balkonu. Reymir widział mniej więcej pół metra ściany pierwszego poziomu, niżej wszystko tonęło w gęstej mgle. Chłopak oszacował grubość jej warstwy na prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów. Jeden z najwyższych obserwowanych poziomów, ale nie jakiś nowy rekord. Takie wartości już się zdarzały. Mgła była przynajmniej przewidywalna. Znowu spojrzał wyżej i przekonał się, że w jednym z interesujących go okien zgasło światło. Dalej, Skyeet, pomyślał. Podejdź bliżej. Doczekał się jedynie tego, że światło zgasło także w drugim oknie. A także w kilku innych oknach widocznych z tej strony segmentu. Po kolejnym pracowitym dniu mieszkańcy Strefy A-35 powoli układali się do snu. Chłopak cofnął się od okna i zasłonił roletę. Też powinien iść spać. Kiedyś nawet żartował z tego, że poprzez mgły ten świat przypominał ludziom, że porą aktywności powinien być dzień, a noc należy pozostawić na odpoczynek. Od czasu, kiedy ostatni raz rzucił takim żartem, minął prawie rok. Chłopak czasami czuł się, jakby to była inna epoka. To było zanim łączna liczba ofiar mgły w drugiej grupie osadników stała się trzycyfrowa. Kiedy jeszcze młoda Skyeet Dirk nie była wdową.

Ludzie potrafią zaadaptować się do wszystkiego, myślał Reymir, kiedy światło Immaris zaczynało przebijać się zza chmur. Gwiazda była nieco mniejsza od Słońca, Nantaria była znacznie mniejsza od Ziemi i obracała się wokół osi dużo wolniej. Świt i zmierzch trwały dłużej niż na Ziemi. Reymir obserwował przez okno krzątających się na dole ludzi. Teraz nic im nie groziło, mgły znikały bez śladu jeszcze przed wschodem Immaris. Może dlatego ludziom z drugiej grupy tak łatwo było je ignorować i skupić się na codziennych zajęciach. Po śniadaniu chłopak wyszedł na zewnątrz, na balkon przed lokalami, i powoli kierował się w prawo, ku schodom na dół. Po drodze omijał przedmioty rozstawione wzdłuż balkonu przez innych mieszkańców kompleksu. Niektóre znacznie utrudniały poruszanie się i Reymir po raz kolejny zastanawiał się, czemu nie mogły być składowane w dolnych pomieszczeniach. Mgły, mimo że niewątpliwie toksyczne dla ludzi, nie powodowały korozji ani w żaden sposób nie uszkadzały nieożywionych obiektów. Reymir stanął w kolejce przed jedną z bram i sięgnął do kieszeni po identyfikator. Zaskoczony, że nie trafił na niego od razu, znalazł plastikową kartę dopiero w trzeciej kieszeni, którą sprawdzał. Kiedy przyszła kolej na niego, przybliżył kartę do czytnika po prawej stronie bramy. System zaczął odliczać czas jego zmiany. Pola nie były otoczone tak grubymi murami jak reszta Strefy A-35. Na wielu odcinkach ograniczono się do zwykłych metalowych krat. Od czasu przybycia drugiej grupy osadników na Nantarię nie stwierdzono żadnego poważnego zagrożenia dla upraw. Wokół Strefy A-35 uprawiano zarówno modyfikowane ziemskie rośliny, jak i okazy miejscowej flory, które po przebadaniu uznano za bezpieczne do spożycia. Z upływem czasu udział tych ostatnich wzrastał, co mieszkańcy uznawali za naturalną kolej rzeczy. Jeśli mieli w przyszłości uniezależnić się od Ziemi, musieli polegać na lokalnych zasobach. Pod tym względem mogli uważać się za szczęśliwców. Nantaria okazała się wymarzoną planetą dla ludzi. Warunki były zbliżone do ziemskich, grawitacja niewiele niższa, zawartość tlenu w atmosferze wynosiła nieco ponad trzydzieści procent. Ruch planety nie pozwalał na powstanie odrębnych pór roku, ale temperatury na większości lądowej powierzchni umożliwiały uprawę roli praktycznie przez cały czas. Po odkryciu i pierwszych badaniach Nantaria została jednomyślnie okrzyknięta rajem. Przynajmniej do momentu pierwszych załogowych lotów na jej powierzchnię. Wtedy badacze na własnej skórze przekonali się, dlaczego pozostawanie blisko powierzchni nocą może kosztować życie. Reymir uniósł głowę znad grządki, przy której pracował. Przed sobą widział zewnętrzną część muru wokół Strefy i bramę, przez którą wcześniej przeszedł. Obok bramy wisiał wyblakły, zniszczony przez deszcze plakat. Nawet jeśli tekst na nim był z tej odległości nieczytelny, chłopak domyślał się, że czerwonawy napis na górze brzmiał „coś fantastycznego”. Pamiętał mnóstwo takich plakatów z czasu, kiedy przybył na Nantarię. O ile rozumiał potrzebę takiej reklamy na Ziemi, tutaj nie widział w tym sensu. Jeżeli ktoś już znalazł się w jednej z przystosowanych do zamieszkania Stref, i tak było dla niego raczej za późno, żeby zmienił zdanie.

Po siedmiu godzinach pracy Reymir mógł dokładnie określić, których mięśni używał. Przeciągnął się i wykonał kilka ruchów ramionami. Zamierzał znaleźć wolny terminal, zeskanować swój identyfikator i sprawdzić, ile środków miał na koncie. Podejrzewał, że za kilka dni znowu będzie mógł sobie pozwolić na dłuższą przerwę od pracy. Jeśli nie planował w najbliższym czasie szczególnie ekstrawaganckich wydatków – co i tak było na Nantarii prawie niemożliwe – nie musiał się przemęczać. Przyglądał się ludziom w garniturach i fartuchach wylewającym się z większych budynków w centrum Strefy. Widok był tak kojąco zwyczajny. – Czekasz na kogoś? Reymir gwałtownie drgnął. Chociaż nie padło jego imię, wiedział że pytanie skierowane jest do niego. Stała kilka metrów dalej, smukła, z młodzieńczą twarzą i dużymi niebieskimi oczami. Ubrana w cienką fioletową marynarkę i tej samej barwy spódnicę do kolan, prawą ręką przyciskała do boku ciemnoszarą teczkę. Skyeet Dirk. Najbliższa przyjaciółka Reymira odkąd znalazł się w tym miejscu. – Cześć – bąknął Reymir, nagle czując się niezręcznie – Po prostu jestem zmęczony. – Bardzo? – spytała Skyeet. Reymir nie był pewien, czy rzeczywiście dostrzegł błysk w jej oczach, czy tylko go sobie wyobraził. – Pracowałem – powiedział ostrożnie – To chyba normalne? Jestem tylko człowiekiem i potrzebuję odpoczynku. Nie potrafił stwierdzić, do czego tamta zmierzała. – Tak się tylko zastanawiam – mruknęła Skyeet cicho – Czy za jakieś pół godziny byłbyś w stanie pójść ze mną do starego obozowiska? Dziwnie się czuję, kiedy muszę tam chodzić sama. – No... jasne – wyrzucił z siebie Reymir – Oczywiście, że możemy iść. Czuł jak fala żaru zalewa mu twarz. Nie wiedział, co się z nim działo. Miał wrażenie, że od kilku miesięcy coraz rzadziej mógł rozmawiać ze Skyeet tak, żeby nie mieć potem wrażenia, że się ośmieszył. Nawet jeśli to działo się tylko w jego głowie, nie podobało mu się to. – Dziękuję – Skyeet uśmiechnęła się – Miło, że mogę na ciebie liczyć. To ja wpadnę na chwilę do opiekunki, zobaczę, co u córki i dam znać jak będę gotowa. Odwróciła się zanim Reymir zdążył w jakikolwiek sposób zareagować. Chłopak mógł tylko patrzeć na tył jej marynarki, kiedy sprężystym krokiem oddalała się w stronę swojego kompleksu mieszkalnego. Po dłuższej chwili Reymir zdołał przezwyciężyć odrętwienie i również ruszył w tamtą stronę. Kiedy wchodził po schodach na balkon, odruchowo spojrzał w stronę drugiego segmentu. Skyeet już nie było w polu widzenia. W oknach jej lokalu także nie dało się zauważyć żadnego ruchu. Chłopak z westchnieniem przyspieszył kroku. Jedyne czego był pewien, to że tamta go onieśmielała. Chociaż Skyeet była tylko kilka lat starsza od niego, wydawała się z innego pokolenia. Podczas kiedy Reymir ciągle usiłował znaleźć dla siebie miejsce, tamta zdążyła wyjść za mąż, urodzić córkę i wkrótce potem stracić męża. Takie przeżycia wywierały silny wpływ, ale Reymir miał wrażenie, że Skyeet była znacznie dojrzalsza już w chwili przybycia na Nantarię. Tylko z jakiegoś powodu to zaczęło stanowić problem dopiero od niedawna.

Mianem starego obozowiska osadnicy drugiej grupy określali to, co pozostało ze Strefy A-29. Osada została wybudowana przez część pierwszej grupy cztery lata wcześniej, w czasie, kiedy wszyscy wiedzieli już o mgłach i zagrożeniu jakie ze sobą niosły. Przypadkowe śmierci pechowców, którzy zostali zaskoczeni przez mgły, nadal się zdarzały, ale były to raczej odosobnione i rzadkie przypadki. Trudno było wyjaśnić co właściwie wydarzyło się w Strefie A-29 i co ostatecznie doprowadziło do śmierci wszystkich mieszkańców. Niektórzy nazywali to zbiorowym samobójstwem, ale to nadal nie przybliżało do odpowiedzi. Mieszkańcy z jakiegoś powodu zerwali kontakt z innymi koloniami, co mniej więcej pokryło się w czasie ze stworzeniem przez niektórych z nich swego rodzaju kultu. Późniejsze śledztwo nie wykazało niczego szczególnego. Nic nie wskazywało na to, żeby użyto szantażu albo przemocy, osada nie została zaatakowana. Wyglądało to tak, jakby którejś nocy mieszkańcy zdecydowali się wyjść w mgłę i oddychać nią tak długo, póki wszyscy nie padli bez życia na ziemię. Strefa A-29 znajdowała się blisko miejsca, w którym później powstała A-35. Dystans między tymi punktami dało się pokonać wygodną, zupełnie bezpieczną drogą wśród zielono-błękitnych kwitnących łąk i krótki odcinek przez rzadki las. Jeśli istniał jakiś powód, dla którego Skyeet miała opory przed pokonywaniem tej trasy w pojedynkę, był on całkowicie psychologicznej natury. – Przecież nic ci tu nie grozi – powtarzał Reymir za każdym razem, bardziej dla zasady. Skyeet jak zwykle zacisnęła usta, ale tym razem zamiast wbić wzrok gdzieś w ziemię przed czubkami swoich butów, uniosła głowę i spojrzała na Reymira poważnie. – I coraz mniej mi się to podoba – odpowiedziała. Reymir zaskoczony uniósł brwi. – Jak mam to rozumieć? Kobieta wykonała nieokreślony ruch ręką, jakby wskazywała wysokie trawy i kwitnące krzewy wokół. – Cały ten świat jest jak wymarzony raj – westchnęła – Aż niemożliwie doskonały. Łagodny klimat, dobra atmosfera do oddychania, mnóstwo roślin, które nadają się do spożycia. Niedawno coś mówili, że zlokalizowali duże złoża węgla… w sumie przy tej wegetacji tutaj to nic dziwnego. Wszystko wydaje się tak łatwo dostępne, w zasięgu ręki… Po raz kolejny gwałtownie odwróciła się w stronę Reymira. – Nigdy nie zadawałeś sobie pytania, czy to wszystko nie jest przynętą? – Przynętą? – zdziwił się Reymir. – No, pułapką. Mamy w koloniach wielu wybitnych naukowców, którzy prowadzą tu badania i pomiary od kilku lat i chyba nikt do tej pory nie zauważył, że z tym światem jest coś nie tak. – Nie tak? W końcu to nie Ziemia. Pewne rzeczy są tu inne. Bardziej mnie dziwi, że w ogóle istnieje planeta z życiem tak podobnym do naszego. – Właśnie – prychnęła Skyeet, nerwowo przyspieszając – Warunki są tu nawet bardziej korzystne niż u nas. No i grawitacja jest słabsza. Dlaczego przy takim bogactwie zasobów nie pojawiły się tu zwierzęta większe niż ziemskie krowy? Dlaczego do tej pory nie odkryli tu żadnego drapieżnika? Reymir odruchowo spojrzał w niebo, nie różniące się niczym od tego ziemskiego. Na tle błękitu poruszało się kilka małych ciemnych punktów. Zapewne były to osobniki któregoś gatunku niewielkich latających stworzeń, mających cechy porównywalne zarówno z gadami, jak i ptakami. Chłopak pomyślał, że w tej kwestii przyjaciółka miała rację. Jak dotąd wszystkie odkryte na Nantarii zwierzęta były albo roślinożerne, albo odżywiały się martwą materią. Co więcej, nie zaobserwowano, żeby lokalne stworzenia reagowały strachem na ruch. Rzeczywiście wyglądało na to, że przed pojawieniem się kolonizatorów żaden gatunek nigdy nie polował na inne. – Może w raju wszystkie istoty żyją w takim dobrobycie, że nie potrzebują wzajemnie się zabijać – Reymir spróbował zażartować, żeby rozładować napięcie. Nie na wiele to się zdało, bo kiedy między drzewami zamajaczyły białe opuszczone budynki, powietrze nagle wydało się gęste i ciężkie. Reymir wiedział, dlaczego przyjaciółka chciała przychodzić w to miejsce, nawet jeśli do końca tego nie rozumiał. To zaczęło się wkrótce po śmierci jej męża, Bernarda, który również padł ofiarą toksycznej nocnej mgły. Ciało zostało znalezione przy ogrodzeniu otaczającym pole, po zewnętrznej stronie. Nikt, włącznie ze zrozpaczoną wdową, nie potrafił wyjaśnić dlaczego ten człowiek znalazł się w nocy w takim miejscu. Nie mógł być nieświadomy zagrożenia, poza tym przy zwłokach znaleziono maskę ochronną, jaką nosiły osoby pozostające nocą na otwartej przestrzeni. Nic nie wskazywało na użycie przemocy, nieszczęśnik musiał zdjąć maskę dobrowolnie. Skyeet jakoś połączyła tę śmierć z wydarzeniami ze Strefy A-29. Nie wystarczało jej regularne czuwanie nad grobem męża, czuła, że powinna też czcić pamięć pozostałych ofiar. Co kilkanaście dni udawała się do pozostałości dawnej osady, najczęściej zabierając Reymira ze sobą. Patrząc na opuszczone budynki, podobne do ich własnej osady, Reymir marzył o tym, żeby wreszcie podjęto decyzję o ich wyburzeniu albo remoncie i ponownym wykorzystaniu. Denerwowało go, że niszczejące ruiny stoją pośród łąk jak wyrzut sumienia, osłabiając morale mieszkańców jego własnej Strefy. Skyeet była może najbardziej jaskrawym przykładem takiego negatywnego wpływu, ale bynajmniej nie jedynym. Reymir czasami słyszał przypadkowe rozmowy, z których wynikało, że stare obozowisko we wszystkich wzbudzało co najmniej lekki niepokój. Skyeet chodziła między budynkami ze spuszczoną głową, na dłuższą chwilę zatrzymała się przed tym największym w centrum osady. Położyła rękę na brudnobiałej ścianie. Modliła się? Reymir nie zauważył, żeby ktokolwiek z kolonizatorów był szczególnie religijny. Nawet jeśli nie wszyscy byli stuprocentowymi ateistami, byli co najwyżej religijnie obojętni. Wierzący niepraktykujący, jak sami lubili mówić. Od przybycia na Nantarię nikt nie wydawał się zainteresowany zorganizowanymi obrzędami religijnymi. Do chwili, kiedy w Strefie A-29 nieoczekiwanie powstała sekta. – Skyeet? – zawołał Reymir – Do świętego kręgu też idziesz? Świętym kręgiem nazywano polanę za Strefą A-29, gdzie wyznawcy rodzącego się kultu stworzyli krąg z kamieni i kilka prymitywnych ołtarzy. Tam się modlili i tam mieszkańcy Strefy znaleźli pierwsze ciała, zanim zdecydowali się do nich dołączyć. Podobnie jak niszczejące budynki, miejsce kultu pozostawiono w nienaruszonym stanie. Skyeet zostawiła w końcu budynki i powoli wracała do miejsca, gdzie przyjaciel na nią czekał. – Tam nie – powiedziała spokojnie – Tam nie było ofiar, tylko zabójcy. Reymir nic nie odpowiedział. Niektórzy, mimo braku dowodów, wierzyli, że członkowie sekty zmusili pozostałych osadników do samobójstwa albo w inny sposób ich zmanipulowali. Chłopak nie był tylko pewien w jaki sposób Skyeet była w stanie połączyć ich ze śmiercią swojego męża. Ku własnemu zaskoczeniu Reymir poczuł, że sam ma coraz większą ochotę jeszcze kiedyś obejrzeć święty krąg.

Ostatecznie Reymir odwiedził miejsce kultu dwa dni później. Razem z nim wyruszył jego znajomy, Iniked, pracujący w laboratorium. Iniked był najbardziej racjonalnym i wolnym od przesądów człowiekiem, jakiego Reymir miał okazję poznać w swojej kolonii. Plotki i teorie narosłe wokół Strefy A-29 nie robiły na nim większego wrażenia. – Nazywali to bóstwo Najwyższą Przyczyną, tak? – zagadnął Iniked, kiedy obaj stanęli na skraju dużej polany w przerzedzonym lesie. – Tak – mruknął Reymir – Albo Pierwszą Przyczyną. Podobno niewiele o nim pisali Dał krok do przodu i znalazł się pomiędzy kamieniami mniej więcej półmetrowej średnicy, z których ułożony został najbardziej zewnętrzny krąg. Kamienie wyglądały na ciężkie i wyznawcy musieli włożyć sporo wysiłku w przyniesienie ich tutaj. – To trwało stosunkowo krótko od ignorowania ich do poddania się ich szaleństwu – zauważył Iniked – Miałem okazję zapoznać się z częścią materiałów z tamtego okresu. Najpierw wzmianki o nagle odrodzonej religijności wśród mieszkańców a potem nagle sekciarska gadka o raju i odkupieniu win. Reymir zatrzymał się w środku koncentrycznych kręgów, przy kilku stosach usypanych z drobniejszych kamiennych odłamków. Sporo kamyków leżało dookoła wśród trawy. Nawet jeśli nikt celowo nie niszczył konstrukcji, natura w ciągu czterech lat zrobiła swoje. Mniej więcej pośrodku, na stosie zbudowanym z nieco większych kamieni, spoczywał blat prymitywnie zbity z kilku desek. – Ich ołtarz – mruknął Iniked. Reymir przyglądał się czarnym śladom sadzy na drewnie. Podobne ciemne plamy sadzy i popiołu znaczyły ziemię dookoła ołtarza. – Palili coś – zauważył – Ktoś tu zdążył odkryć narkotyczne zioła? – Z tego co się orientuję, przynajmniej oficjalnie nie. Ale nie potrzebowali tego. Mgły same w sobie mogły wystarczyć. Reymir cofnął się o krok i gwałtownie uniósł głowę. – To cholerstwo jest halucynogenne? – spytał – Nikt nigdy o tym nie mówił. Iniked westchnął i przymknął oczy. Podobnie jak Skyeet, przez większość czasu wydawał się starszy niż był, chociaż nie miał jeszcze trzydziestu lat. – Ci, którzy wiedzą, uznali, że ujawnienie tej informacji może tylko zaszkodzić – powiedział niechętnie – Tylko tego brakuje, żeby młodzież zrobiła z tego jakieś głupie wyzwanie. Bardzo łatwo przekroczyć granicę, po której już nie da się człowieka odratować. Reymir ponuro skinął głową. Wystarczająco wiele razy słyszał o tych dobrze znanych właściwościach mgły. Spora część ofiar po prostu umierała od razu. Pozostali byli znajdowani w stanie głębokiej śpiączki, z której już się nie wybudzali. Do tej pory nie zdarzyło się, żeby człowiek przeżył w takim stanie dłużej niż sześć dni. – Jak na narkotyk rekreacyjny za mała różnica między dawką aktywną a śmiertelną? – Reymir próbował zażartować, ale zdał sobie sprawę, że jego głos zabrzmiał prawie jak szept. Zaczynał czuć się coraz bardziej nieswojo. – Jak oni nad tym panowali? – spytał po chwili – Nie byliby w stanie dobiec do osady. – Nie musieli – Iniked wskazał ręką na szczątki drewnianych konstrukcji na pobliskich drzewach, przypominających schody, platformy i drabiny – Nie uciekali tylko wchodzili tutaj, kiedy uznali, że nawdychali się wystarczająco dużo. Wiesz, że mgły nigdy nie sięgają dwóch metrów. Reymir przytaknął. Do tej pory tak było, chociaż w niektóre noce zastanawiał się, co stałoby się w przypadku, gdyby ich poziom nagle wzrósł. Osadnicy przywykli do tego, że w nocy nie należało pozostawać w parterowych budynkach. Czy ci, którzy przetrwaliby na bezpiecznych wysokościach, zaczęliby budować mieszkania jeszcze wyżej i życie toczyłoby się dalej? – Pewnie niektórzy mieli pecha i nie zdążyli – odezwał się niepewnie – Dlatego pierwsze przypadki śmiertelne zdarzyły się tutaj. – Tak. Ale z jakiegoś powodu najwięcej ciał znaleziono tam – Iniked wskazał dwa pozbawione liści drzewa o grubych pniach przy przeciwległym brzegu kręgu – Zamiast uciekać, stali pod tymi drzewami. Reymir podszedł do drzew, które nie były chyba całkowicie martwe. Zauważył, że w ich korze wyryto liczne symbole. Przesuwając po nich ręką, chłopak powoli przeszedł między drzewami. Odruchowo wstrzymał oddech, ale nie wydarzyło się zupełnie nic.

Reymir stał na balkonie swojego segmentu mieszkalnego, u szczytu schodów. W oknach niektórych budynków paliło się światło, ale chłopak wątpił, żeby ktokolwiek o tej porze wyglądał na zewnątrz. Zapewne nikt nie mógł go teraz widzieć. Dał kilka kroków w dół po schodach. Zatrzymał się, kiedy mgła sięgała mu do połowy łydek. Co właściwie zamierzał zrobić? Co i komu udowodnić? W ten sposób najwyżej mógł pokazać, że Iniked miał rację. Chociaż Reymir nastoletnie czasy miał już za sobą, koniecznie chciał osobiście doświadczyć działania mgły. Powoli schodził niżej. Gęsta mgła sięgała mu do pasa, potem do wysokości łokci i wreszcie ramion. Jakby wchodził do wody. Stanął na wilgotnej trawie. Kiedy znajdował się wewnątrz mgły, widział wszystko dużo wyraźniej niż oczekiwał. Miał wrażenie, że w ciemności widzi nawet lepiej niż normalnie. To zaczynało działać aż tak szybko? Chłopak spojrzał na schody za sobą. W razie problemów mógł natychmiast uciec na górę, gdzie będzie bezpieczny. – Aż tak ci się spieszy do nas dołączyć? Reymir niemal podskoczył, słysząc ten spokojny głos. Rozejrzał się nerwowo. Dopiero po chwili dostrzegł ciemną sylwetkę przy rogu któregoś z budynków. – Widzę, że tego nie chcesz, więc co tu robisz? Głos wydawał się znajomy, ale raczej nie mógł to być ktoś, kogo Reymir spotykał na co dzień. Kiedy dotarło do niego, skąd go zna, przeszedł go zimny dreszcz. – Bernard! – Nie zrobiłem tego celowo. To była jakaś awaria w masce. A potem… jak widzisz światło, to trudno się oprzeć. Zwłaszcza, jak jesteś wystarczająco czysty… żeby przyjął cię od razu. – O czym… ty mówisz? – Myślisz, że brama była tam? Brama jest wszędzie. Wszyscy ciągle stoicie na progu. A ty właśnie robisz krok naprzód. Reymir czuł w uszach swój puls. Miał wrażenie, że ciśnienie rozsadza mu czaszkę od środka. Musiał oderwać wzrok od cienia przy rogu budynku i wbiec na schody, jeśli chciał doczekać następnego dnia. Zdążył. Przed oczami mu pociemniało, padł na kolana na betonową platformę, ale zdołał wyrwać się poza zasięg mgły. Nadal żył. Doświadczył halucynacji, ale tym razem przetrwał.

Przez trzy dni Reymir unikał Skyeet. Nie wyobrażał sobie, że mógłby opowiedzieć przyjaciółce o tym, co przeżył tamtej nocy. Skyeet byłaby na niego wystarczająco wściekła, słysząc, że ryzykował życie i zszedł w mgłę. Reymir wolał nie sprawdzać, jak tamta zareagowałaby na wieść, że wskutek omamów rozmawiał z jej zmarłym mężem. Zdołał w końcu złapać Inikeda i chwilę z nim porozmawiać, kiedy tamten robił sobie przerwę na papierosa. Iniked nie był zachwycony niebezpiecznym eksperymentem Reymira, ale trudno było mu się dziwić. – Mogłeś umrzeć – powiedział sucho – Mogłeś stracić przytomność zanim dostałbyś się na górę. Albo mózg mógłby się wcześniej poddać. Pewnie słyszałeś, że tonący widzą światło albo czują ciepło. Przestają walczyć. Reymir w zadumie potarł twarz ręką. To samo powiedziało mu widmo Bernarda. Ofiary mgły mogły widzieć światło przed śmiercią. Albo raczej tak wyobrażał to sobie Reymir a halucynacje wyciągnęły tę ideę z jego podświadomości. – Myślisz, że coś takiego przyczyniło się do śmierci Bernarda? – spytał Reymir – Że próbowałby się ratować, gdyby nie zobaczył tego sławnego światełka w tunelu? – Dodaj do tego narkotyczne działanie mgły – odparł Iniked ponuro – Mógł widzieć światła i nie tylko, jeszcze zanim mózg zaczął umierać, i biedak poddał się dużo wcześniej. Podejrzewam, że maska okazała się nieszczelna a potem, jak już Bernarda wciągnęło w wizje, całkiem się jej pozbył. – Czy Bernard kiedykolwiek wspominał o tym kulcie? O Najwyższej Przyczynie? Iniked uniósł brwi. – Myślisz, że on też szukał zbawienia u ich bóstwa? Mało prawdopodobne. To musiał być wypadek. On chyba ciągle próbował zdobyć próbkę tej mgły. – To jest nadal niemożliwe, prawda? Próbki znikają z każdego naczynia... – Nadal – przytaknął Iniked – I niestety nie widzę powodu, żeby to się miało zmienić. Przynajmniej dopóki nie stworzymy jakiejś nowej technologii, której teraz nie umiem sobie wyobrazić. Nie mamy sposobu na zbadanie tej substancji, czymkolwiek jest, czy to w laboratorium, czy w naturze. Jest całkowicie niewykrywalna dla naszych przyrządów. Możemy ją widzieć gołym okiem albo doświadczyć jej działania na organizm. I tylko tyle. – Ty… też doświadczyłeś tego na sobie? – Raz – odpowiedział Iniked po dłuższej chwili, z wyraźną niechęcią – To było głupie, ryzykowne i nikomu bym tego nie polecał. – I też widziałeś zmarłych? – Nie. Tylko różnokolorowe światła, jak w starych witrażach. Wszystko wirowało i czułem się lżejszy od powietrza. Typowe działanie psychodelików. Dostajesz to, czego się spodziewasz, albo o czym w danym czasie myślisz. – To chyba... ma sens.

W rzeczywistości Reymir nie czuł się usatysfakcjonowany wyjaśnieniami kolegi. Pytania bez odpowiedzi, z którymi kilka dni wcześniej zostawiła go Skyeet, coraz bardziej mu ciążyły. Chłopak miał wrażenie, że dowódcy kolonii i badacze nie starali się wyjaśnić niektórych kwestii dotyczących Nantarii. Sprawę nocnej mgły po prostu zostawili, opierając się na wygodnym założeniu, że zawsze będzie się ona zachowywać przewidywalnie. Jak mogli dawać takie gwarancje w przypadku zjawiska o którym nie wiedzieli praktycznie nic? Jeśli tylko zawodne ludzkie zmysły mogły wchodzić z mgłą w interakcje, czy był to jedyny słuszny sposób prowadzenia badań? Tak tłumaczył to sam przed sobą, kiedy pewnej nocy znowu zdecydował się wejść w mgłę. A potem kolejny raz. Do tych eksperymentów był już lepiej przygotowany. Miał przy sobie rejestrator, któremu dyktował wszystko co widział i gotową do użycia maskę ochronną. Nie musiał już w panice szukać schodów na wyższe poziomy ani w ogóle pozostawać w pobliżu budynków. Widział kolorowe smugi światła i postacie zmarłych ludzi. Zarówno osoby, które znał jako ofiary mgieł, jak i tych, których pamiętał z wcześniejszego życia na Ziemi. I mnóstwo osób, których nie znał w ogóle. Reymir rozmawiał z nimi, próbował pytać o zaświaty i Najwyższą Przyczynę. Wszystkie postacie w jego wizjach zdawały się być świadome własnej śmierci i potwierdzały pośrednio wyczuwalną obecność jakiegoś bóstwa, nawet jeśli nie były w stanie owego bóstwa szczegółowo opisać. Mówiły też, że tylko odpowiednio wolne od zła dusze mogły dołączyć do nich w tych zaświatach. Co działo się z resztą, już nie wiedziały. Ponieważ na nagraniach zachowywał się jedynie jego głos, Reymir zaczął dodawać własne streszczenia i komentarze. Docelowo zamierzał to spisać i uporządkować swoje notatki, ale najpierw potrzebował kolejnych danych. Kolejnych wypraw we mgłę. Chciał też sprawdzić, czy w okolicach świętego kręgu zobaczy coś szczególnego. Pamiętał, co w pierwszej wizji powiedział mu Bernard, albo raczej jego własny podświadomy instynkt. Brama.

Skyeet stała w oknie, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w sąsiedni budynek. Lokal zajmowany wcześniej przez Reymira pozostawał pusty. Za jej plecami głos z radia mieszał się z gaworzeniem jej córeczki, dla której Skyeet tego dnia w końcu miała więcej czasu. Nieoficjalną drogą kobieta zdołała pozyskać kopię nagrań z rejestratora, który znaleziono przy zwłokach Reymira w okolicach starego obozowiska. Wiedziała, że jej przyjaciel w swoich wizjach rozmawiał zarówno z Bernardem jak i swoim bratem, zmarłym przed laty jako dziecko – a przynajmniej tak uważał. Na wszystkich nagraniach słychać było jedynie głos Reymira, przeplatany ciszą w momentach, kiedy tamten zdawał się słuchać odpowiedzi. Kilka razy padło też jej imię. – Cały świat jest bramą – powtarzał Reymir w końcowej części zapisu – Żadna istota rozumna, rozwinięta, mogąca nosić duszę, nie zdoła przetrwać na progu. Bernard, wiem, że mam mało czasu, ale zdążę. Powiem to Skyeet jak wrócę. To nie raj, to przedsionek raju. Powiem im to. Jeśli mogą, niech idą naprzód albo niech się wycofają. Niech wybiorą świadomie. On też oszalał i uwierzył w te sekciarskie brednie, pomyślała Skyeet, czując ścisk w gardle. Dlaczego trafiło akurat na niego? Był bardziej wrażliwy? Co ta planeta robiła z psychiką!? Głos w radioodbiorniku za jej plecami ogłaszał właśnie odkrycie rud rzadkich metali i czegoś, co mogło być ropą naftową. Marzenia o dostatnim, niezależnym od Ziemi życiu mogły w mierzalnej przyszłości się ziścić. Zaiste, coś fantastycznego!

 
Czytaj dalej...

from Karol Riebandt - PsychoTech

Witaj wolny świecie! Pierwszy raz nie wiem, od czegozacząć tekst. Zwłaszcza na nowej dla siebie platformie.

Jeszcze nie wiem do końca, w jaki sposób wykorzystam tego nowego i chwilowo pustego bloga. Jednak wiem, że będzie to na pewno w temacie Open Source / Linux.

Do zobaczenia w następnym wpisie.

 
Czytaj dalej...

from didleth

Jest wiele powodów, dla których rodzice wybierają dla dzieci prywatne placówki edukacyjne - ale obawa przed tym, że dziecko zaprzyjaźni się z kolegą z podwórka, nie jest jedną z nich

W ramach polemiki z jedną z tez, jakie dzisiaj usłyszałam (w jednym z wywiadów dot. higieny cyfrowej): “zawozimy dzieci do prywatnych szkół, po co dzieci mają się znać z jednego podwórka? Trzeba wierzyć, że dobrze będzie tylko w szkole prywatnej. Gdyby chodziły do szkoły pobliskiej, to prawdopodobnie od drugiej klasy już by mogły sobie chodzić razem, spędzać razem czas”.

Tymczasem:
1) o ile w przypadku żłobków, przedszkoli czy klubów malucha statystyki mogą wyglądać inaczej, to na etapie szkoły większość uczniów i uczennic uczęszcza mimo wszystko do szkół publicznych
2) to w tych szkołach publicznych są nieraz dyskryminowane i wyśmiewane za “brak smartfona” lub przekonywane, że muszą pozować do zdjęć z jakimiś politykiem, bo trwa kampania wyborcza i muszą ocieplić wizerunek
3) to, czy dzieci znają się z jednego podwórka zależy od ich stanu zdrowia, szeroko rozumianego charakteru (czy są nieśmiałe czy przebojowe, neurotypowe czy neuroróżnorodne, introwertyczne czy ekstrawertyczne itp.) i miejsca zamieszkania, a nie od tego, czy rodzice marnują godzinę na dowóz do szkoły publicznej 7 wsi dalej, czy wysyłają je do szkoły prywatnej (nieraz bliższej czy to względem miejsca zamieszkania, czy miejsca pracy rodziców)
4) nieraz słyszałam, że w konkretnej szkole będzie lepiej (z szeregu różnych powodów), ale z dorosłym człowiekiem twierdzącym, że “w szkole prywatnej będzie dobrze” nigdy się nie zetknęłam. Dużo częściej słyszę za to o dylematach typu “w rejonowej przemoc i przeładowane klasy, ale taniej, bliżej i trudniej z niej dziecko wyrzucić”
5) dziecko zgodnie z prawem od 7 r.ż. może poruszać się samodzielnie po drogach publicznych. Niezależnie od tego, czy chodzi do szkoły prywatnej, czy państwowej. To, że 8latki zwykle nie wracają razem ze szkoły to kwestia wielu czynników – od samodzielności dzieci, przez bezpieczeństwo na drodze po postawę społeczną (kiedyś “pacyfikowałam” nawiedzone mamuśki dowodzące, że widząc dziecko na oko 12letnie siedzące w samochodzie bez osoby dorosłej trzeba wzywać policję)
6) Wie ktoś, jaki jest cel głoszenia tego typu tekstów? Przychodzi mi do głowy jedynie nakręcanie polaryzacji, a w środowisku higieny cyfrowej to jednak tym bardziej nie przystoi... Znam ludzi posyłających dzieci do szkoły państwowej – bo blisko, bo dobra i “żeby miały towarzystwo po szkole, jak będą starsze”, znam takich posyłających do szkoły państwowej “bo sensownej prywatnej nie ma w okolicy”, znam posyłających do prywatnej – “bo jedna zmiana, wyższy poziom, a w publicznej był problem z przemocą”. Ba! Nieraz w tej samej rodzinie wychowują się dzieci, z których jedno uczęszcza do placówki prywatnej, a drugiej do państwowej i rodzice nie tylko nie zabraniają im bawić się razem na podwórku, ale – o zgrozo! – czasami urządzają im wspólny pokój. ANI RAZU nie usłyszałam argumentu “posyłam dziecko do szkoły prywatnej bo nie chcę, żeby miało znajomych na podwórku i mogło spędzać z nimi czas”. Także, jak w tytule – jest wiele powodów, dla których rodzice wybierają prywatne placówki – ale obawa przed tym, że dziecko zaprzyjaźni się z kolegą z podwórka, nie jest jedną z nich.

#higienacyfrowa #edukacja #szkoła #rodzicielstwo #dezinformacja #szkolnictwo #dzieci #wychowanie

 
Czytaj dalej...

from didleth

O przeciążeniu informacyjnym i komunikacyjnym

Zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam ten tekst pisać – przecież zaraz ktoś wyskoczy z “ale co Ty niby możesz wiedzieć o przeciążeniu informacyjnym, przecież nie pracujesz w mojej branży!!” – i będzie miał rację. Tyle, że problem jest szerszy i nie dotyczy jednej branży – a w zasadzie wszystkich dziedzin życia i odnoszę (subiektywne) wrażenie, że z pokolenia na pokolenie się nasila.

Poniżej wrzucam więc (lepiej późno, niż wcale ;p) obiecany tekst o przeciążeniu informacyjnym, który przyszedł mi do głowy przed którymś długim weekendem. Zrezygnowałam wtedy z cotygodniowych prasówek i od razu pojawiła się myśl, że za te parę dni “spokoju” zapłacę “nadrabianiem zaległości” po powrocie, czyli w praktyce “rzucę okiem” na nagłówki i nie zagłębię się w treść. Bo dziennikarze, nie wiedzieć czemu, wolnych weekendów nie mają, chociaż gdyby mieli – to wyszłoby to z korzyścią dla wszystkich. I o ile przy prowadzeniu bloga to jeszcze pół biedy – bo zawsze można temat na jakiś czas odpuścić (co właśnie robię – prasówki wrócą, ale kiedyś, muszę się teraz skupić na innych rzeczach), o tyle w pracy już tak łatwo nie ma. I...nie tylko w pracy. Tematu przeciążenia informacyjnego nie da się w zasadzie oddzielić od tematu higieny cyfrowej (i paru innych kwestii).

Nie zamierzam romantyzować “starych, dobrych czasów” – bo wiem, że te, mimo zalet, miały sporo wad. Nie trzeba było szukać po nocach wiadomości potrzebnych do pracy – bo nie było gdzie, za to było wiadomo, że szef ma zawsze rację no i “czy się stoi, czy się leży...”. Pracowało się czasami krócej, czasami dłużej – ale jednak w określonych godzinach i nikt o dziwnych porach głowy nie zawracał – najpierw telefonów w ogóle nie było, potem był np. jeden na daną ulicę, szefostwo dostawało więc telefon “do sąsiada” lub kogoś z rodziny i mogło co najwyżej liczyć na to, że sąsiad w razie potrzeby akurat będzie w domu, przejdzie się do pracownika, który też akurat będzie w domu i przekaże mu wiadomość. Sama wychowałam się już z telefonem – ale na wakacjach trzeba się już było przejść na pocztę i zamówić rozmowę (ogarniał ktoś z dorosłych). Nie szukało się na grupach w socialmediach informacji o polecanych specjalistach – bo tylu specjalistów nie było. Rodzice nie pytali, jak wychowywać dzieci – było powszechnie wiadomo, że małe zamknąć w łóżeczku, potem wsadzić do chodzika, a starsze wygonić na dwór i przylać w razie potrzeby. Nauczyciel, który nie radził sobie z dzieckiem, nie wzywał rodziców prosząc o pilniejsze odebranie – po prostu dzieciak dostawał lanie przy całej grupie, a nieraz z jej udziałem (do tej pory pamiętam, jak musieliśmy karnie chodzić w kółeczku wokół jakiegoś niesfornego dziecka i każde z nas musiało mu wymierzyć karę cielesną – kto nie przylał lub przylał dwa razy, też dostawał lanie). Innymi słowy – nie twierdzę, że kiedyś było lepiej. Ale było inaczej, wiele ze wspomnianych problemów miał rozwiązać internet czy demokratyzacja informacji. Może jak nauczycielka przedszkolna wyczyta gdzieś, że nie powinno się wychowywać dzieci biciem – to przestanie? A uczeń dowie się, że jest nie tylko uczniem, ale też człowiekiem i ma jakieś prawa? No i rzeczywiście część problemów zostało – może nie globalnie rozwiązanych, ale przynajmniej uwzględnionych w działaniach czy to władzy, czy społeczeństwa. Tyle, że pojawiły się nowe.

Pomijając ludzi wykluczonych cyfrowo – nie mamy już problemu z brakiem dostępu do informacji. Wręcz przeciwnie – jesteśmy nimi otoczeni ze wszystkich stron, a szum komunikacyjny wdarł się we wszystkie dziedziny naszego życia. Nie wiem, czy jest jakaś branża wolna od nadmiaru informacji, z którymi pracownicy muszą być w mniejszym lub większym stopniu “na bieżąco”. Nowe trendy w gastronomii, marketingu, informatyce, archiwistyce – obstawiam, że każdy mógłby tutaj dorzucić coś od siebie. Niby zawsze trzeba się było uczyć nowych rzeczy – ale na zupełnie inną skalę, niż obecnie. Pokolenie naszych rodziców czy dziadków pracowało nieraz w tym samym miejscu od ukończenia szkoły do emerytury, podczas gdy przedstawiciele pokolenia naszego czy – tym bardziej – naszych dzieci, często zmieniają i miejsce zamieszkania, i pracę, i branżę. Klient zawsze może wysłać nam wiadomość w sobotę o 22:07, a 10 minut później kolejną – z pretensjami, że nie odpowiedzieliśmy. Szef zawsze może nas wezwać z urlopu z pilnym telefonem. I zanim jakiś wysokiej klasy specjalista stwierdzi “zawsze można nie brać telefonu służbowego na wakacje” niech uwzględni, że nie każdy jest “wysokiej klasy specjalistą”, nie każdy ma telefon służbowy, nie każdy mieszka na tyle blisko dużego miasta, by przebierać w ofertach pracy. Skoro jesteśmy w temacie: to samo tyczy się także nieużywania X-twittera, Instagrama czy Whats'appa. Słyszałam już głosy typu “zawsze jest jakieś wyjście, zawsze można się wyprowadzić, wyjechać, zmienić pracę” – i inne teksty z kategorii “jak biedni nie mają chleba, to niech jedzą ciastka” (btw Maria Antonina tak nie powiedziała – jakby ktoś się zastanawiał, czy dezinformacja istniała przed Facebookiem czy TikTokiem, to owszem, jak najbardziej istniała). Najlepsze są tutaj uwagi kierowane w stronę rodziców, sprowadzające się do “trzeba było nie rodzić dzieci”, ilekroć ktoś wspomni o jakichś problemach z potomstwem. Generalnie już widzę tę osobę z małej miejscowości, która bierze sobie do serca te wszystkie dobre rady, więc zostawia komputer, telefon, rzuca pracę, chorą matkę zostawia bez opieki na “łasce boskiej”, 12latka upycha w oknie życia i “szczęśliwa” wyjeżdża w przysłowiowe Bieszczady.

Ale nie trzeba wcale pracować zawodowo, żeby czuć się przeciążonym informacyjnie. To już w dużej mierze zasługa socialmediów – oraz ludzi uznających je za swój główny kanał komunikacyjny. Szukasz lekarza, prawnika, korepetytora, firmy remontowej? Kiedyś wystarczała poczta pantoflowa, teraz niby też działa, ale... ludzie są mniej skorzy do spotykania się i zawierania nowych znajomości (pisałam kiedyś o tym), a przez wzgląd na częste przeprowadzki nieraz znajdujemy się w miejscu, w którym nikogo nie znamy i nie mamy kogo spytać. Pozostaje więc Google (ludzie z poza bańki “prywatnościowej” nawet nie będą świadomi istnienia innych wyszukiwarek...) – wyrzucające nieraz nieaktualne namiary, albo grupy w mediach społecznościowych. A tam owszem, potrzebny namiar nieraz dostaniemy – ale będziemy musieli go wyłuskać spośród masy innych komentarzy. Koleje wrota piekieł to pod tym względem grupy rodzicielskie. Kojarzycie ten mem od “dziecko się zatrzasnęło w pokoju, jest pożar, co robić” (https://kwejk.pl/obrazek/3239563/pozar.html)? Wcale nie jest przejaskrawiony, powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie – bo na przeciętnej grupie byłoby – zamiast kilkunastu – kilkadziesiąt czy kilkaset odpowiedzi, przez które trzeba się przebić. Jednocześnie uwzględniając, jak wygląda w Polsce edukacja czy służba zdrowia – nie ma się co dziwić, że rodzice szukają informacji u obcych ludzi w internecie. Uległam kiedyś myśli “będę się słuchać lekarki a nie obcych mamusiek z grupy na fb” – i od wielu lat żałuję, bo to “obce mamuśki z facebooka” okazały się bardziej kompetentne od wspomnianej lekarki. I w drugą stronę – zdarza wam się czasami pomyśleć “jak on/ona mógł zrobić taką głupotę, przecież tłumaczyłam, ostrzegałam, przecież jest internet...”? No właśnie – jest internet, ludzie są bombardowani masą różnych komunikatów ze wszystkich stron – i mogą mieć zwyczajnie dość. Jeśli dodacie do tego algorytmy socialmediów – cóż... Jeśli ktoś mający wątpliwości w kwestii np. szczepionek dostanie od bliskich kilka uwag odnośnie swojej głupoty i ciemnoty, w internecie trafi przypadkiem na jakiegoś antyszczepionkowca okazującego empatię, a algorytmy masowo podrzucą antyszczepionkowe treści...to podatność na dezinformację już wcale tak nie dziwi.

Żeby było zabawniej – wcale nie trzeba prosić o radę, żeby ją otrzymać. Problem istnieje w zasadzie od zawsze – bo zawsze były osoby gotowe pouczać innych. To ten przypadek, w którym technologia jest jednocześnie przekleństwem i błogosławieństwem. Osoba LGBT wychowana w małej konserwatywnej społeczności, której wszyscy wokół wmawiają, że jest chora i powinna się leczyć – może znaleźć w internecie wsparcie. Ale może też paść ofiarą hejtu – który przyciągnie więcej osób, niż kazanie w lokalnym kościele. Najgorzej pod tym względem mają osoby publiczne. Kiedyś wychodziłam z założenia, że jeśli ktoś jest osobą publiczną, to generalnie ma nerwy ze stali no i nie powinien się dziwić, że ludzie go krytykują, bo taką pracę wybrał – analogicznie jak ja sama pracowałam w obsłudze klienta, a klienci zdarzali się różni. Zmądrzałam, gdy zaczęłam obserwować znane osobistości w socialmediach. I zobaczyłam, że ten hejt czy krytyka to nie kilka komentarzy pod pojedynczymi wypowiedziami, a często kilkaset – jeśli ktoś był bardziej aktywny na twitterze, to przykładowo przy 15 tweetach pod trzema czy czterema z nich znajdowało po kilkaset komentarzy. Czasami miłych, czasami niemiłych, ale spora część to zwykłe popisywanie się ignorancją, trolling i kręcenie inby dla samego kręcenia inby. I oczywiście zawsze w tego typu sytuacjach pojawia się temat mowy nienawiści, dezinformacji, moderacji na mediach społecznościowych i wolności wypowiedzi. Nieraz słyszę, że powinno się to wszystko zostawić bez jakiejkolwiek kontroli w imię właśnie “wolności słowa”. Że zawsze można kogoś zablokować, jak nam się nie podoba (i de facto nie mieć życia poza blokowaniem trolli, bo tyle czasu na to zejdzie). Raz miałam na mastodonie “stalkera” (cudzysłów, bo pan wywoływał u mnie raczej śmiech i politowanie, niż strach) – blokowałam konto, delikwent po chwili wracał z innej instancji i zaczynał obserwować. Innym razem zablokowałam jakiegoś człowieka, żeby nie wdawać się w tzw. “gównoburzę” – i wybuchła całodniowa inba o to, że nie chcę się wdawać w inby. Byłam nią tak wykończona, że finalnie odpuściłam aktywność na danym portalu. I jeśli mam takie doświadczenia posiadając małe konto w fediwersum, to co przeżywają osoby publiczne? Jedna z moich ulubionych twórczyń, mająca na mastodonie 18 tysięcy obserwujących, kiedyś tłumaczyła ludziom z kontem mniejszym od mojego, dlaczego nie odpowiada na wszystkie komentarze, albo dlaczego przebijanie się przez komentarze na mastodonie jest dla niej mniej wygodne. Gdyby była jakaś międzynarodowa nagroda za cierpliwość, to imo powinna ją otrzymać...

Kolejna kwestia – przeciążenie komunikacyjne. Niedawno znalazłam swój pamiętnik z czasów szkolnych. Opisywałam tam swoje podekscytowanie z powodu otrzymania listu. Ta chęć, żeby jak najszybciej otworzyć i przeczytać... Tyle, że odpisać można już było w wolnym czasie – czasami po tygodniu, czasami po miesiącu lub dwóch. W dobie smartfonów, socialmediów i komunikatorów też – tak jak w przypadku listów – czujemy podekscytowanie i chcemy od razu zobaczyć, kto i co do nas napisał, ale jednocześnie oczekuje się od nas natychmiastowej reakcji. Nie odczekamy 2 miesięcy czy nawet tygodnia, a gdy odpiszemy – też oczekujemy odpowiedzi w podobnym trybie. Listy pisałam praktycznie od końca podstawówki przez całe liceum – i nie zdarzyło mi się z nikim w ten sposób pokłócić, nawet, jeśli napisało się coś w nerwach, to był wieczór, poczta i tak zamknięta, do rana człowiek się ze sprawą przespał i zdążył ochłonąć. Obecnie przeciętna osoba, jeśli ma gorszy dzień, zdąży się wdać w kilka kłótni reagując na coś podsuniętego jej przez algorytmy (nieraz nie zgłębiając tematu), pokłócić przez messengera i przegapić jakąś ważną wiadomość wrzuconą na chacie grupowym między plotkami i memami. Ewentualnie, jeśli jest bardziej świadoma i dba o higienę cyfrową oberwie, że nie chce się na jakiś temat wypowiedzieć lub że nie reaguje na wysłaną jej wiadomość w trybie natychmiastowym.

Reasumując: praktycznie przez cały czas i zewsząd docierają do nas różne komunikaty. Więcej, niż nasz mózg jest w stanie przetworzyć. Nawet, jeśli jesteś młodym, zdrowym, zdolnym i pozbawionym zobowiązań człowiekiem, który chce pracować np. w edukacji i zechcesz zgłębić temat, będziesz mieć problem, żeby się w tym wszystkim połapać. Trafisz na jakieś forum, zapytasz o polecane nurty pedagogiczne...i wpadniesz w środek awantury, ludzie zaczną Ci dowodzić wyższości ich ulubionego nurtu nad pozostałymi i – z dużym prawdopodobieństwem – wyzywać siebie nawzajem, jest też spora szansa na to, że trafisz na już konkretną bańkę, wpatrzoną w “jedyny słuszny” nurt niczym członkowie sekty w swojego guru. A jeśli odetniesz się od informacji – wypadniesz z obiegu i tutaj wcale nie chodzi tylko o FOMO. W pracy nie będziesz dość konkurencyjny względem koleżanek i kolegów, którzy się nie odcięli. W życiu prywatnym, jeśli ktoś z Twoich bliskich zachoruje, a Ty wybierzesz złego lekarza czy złą metodę leczenia – ani Ty sobie tego nie wybaczysz, ani internet Ci tego nie daruje, a po fakcie wszyscy będą mądrzejsi. Kiedyś można było wprost przyznać “gdybym wcześniej wiedział(a), że...” – teraz to żadne usprawiedliwienie, bo przecież “wszystkie potrzebne informacje były w internecie”. Tylko że życia w społeczeństwie informacyjnym nikt nas nigdy nie uczył. I tutaj pojawia się kolejny problem – jak mamy uczyć tego kolejne pokolenia, skoro sami jesteśmy niekompetentni?

Zwykle na końcu tekstu coś doradzam, ale w tym wypadku sama nie wiem, co. Żyjąc w społeczeństwie nie możemy po prostu odciąć się od informacji. Ale możemy ograniczyć ich ilość, bardziej starannie wybierać źródła, przemyśleć swoje priorytety. I nauczyć się stawiać granice – WSZYSTKIM. Nie chodzi o to, by – jak głoszą piewcy higieny cyfrowej – odpuścić “obcych ludzi z internetu” na rzecz stania się posłuszną i na wszystko się zgadzającą żoną, matką, córką i pracownicą, której obcy ludzie z internetu wkręcają, że jest człowiekiem z jakimiś prawami, a przecież zdanie szefa czy ojca, którzy są “ludźmi z reala”, ma być ważniejsze. Chodzi o to, by umieć powiedzieć “nie” i “bliskim z reala”, i “obcym ludziom z internetu”. Nie zawsze można, nie zawsze się da – ale próbować warto. Zwłaszcza, że przeciążeni informacjami są wszyscy, więc prawem statystyki w naszym otoczeniu znajdzie się ktoś, kto komunikat “sprawdzam wiadomości raz dziennie/raz na tydzień” też przyjmie z ulgą. Warto przemyśleć swoje relacje z ludźmi – na niektóre osoby jesteśmy z takich czy innych względów skazani, ale nie o każdą znajomość warto walczyć. Babcia po raz n-ty umrze, bo nie jesz mięsa lub nie chodzisz do kościoła? Stary numer, ale jakoś nigdzie w karcie zgonu nie widnieje wpis “wnuk ośmielił się być człowiekiem zamiast niewolnikiem”, a niektórzy, bardziej asertywni, “śmierć” babci przeżywają średnio kilka razy w tygodniu od 30 czy 40 lat. Wujaszek odgraża się zerwaniem kontaktu, bo nie masz ochoty na kolejną popijawę i jego opowieści o spisku klimatycznym? Takich wujaszków są miliony, wszystkich nie przekonasz, możesz ulec takiemu szantażowi – ale możesz zamiast tego zrobić coś przyjemnego, dla siebie. Koleżanka co chwilę ma pretensje, że nie odpisujesz jej natychmiast na messengerze, a kolega nie przyjmuje do wiadomości twojego “nie wiem, nie znam się na tym, to nie moja dziedzina” i namolnie próbuje do czegoś przekonać? To może warto poszukać innej koleżanki i kolegi albo, zamiast marnować na nich czas, po prostu poświęcić go na czytanie, sport lub spacer? Można szukać kompromisów – ograniczyć powiadomienia, zadbać o swoją higienę cyfrową, olać namolnych ekstrawertyków (którzy w swojej zdolności do grania na nerwach przebijają nieraz algorytmy socialmediów) i po prostu wyjść gdzieś samemu, bez telefonu, żeby usłyszeć własne myśli. Olewając wszystkie “a jakby się coś stało”. Coś się dzieje non stop – ale to nie znaczy, że musimy to wszystko na bieżąco śledzić – jeśli zadzieje się coś naprawdę istotnego, to informacja znajdzie nas i tak. A wszystkim nie wiedzącym, jak zareagować na “bądź zawsze dostępny, bo jakby mi się coś stało...” radzę odpowiedzieć “jakby coś Ci się stało, to dzwoń na 112, a nie do mnie”.

 
Czytaj dalej...

from bialalista

Lista lokali gastronomicznych z kuchnią wegańską i wegetariańsko-wegańską w Warszawie, które oferują pracownikom umowę o pracę.

Lista ma na celu promowanie legalnych i etycznych form zatrudnienia w gastronomii wegetariańskiej i wegańskiej.

Informacje na liście są pozyskiwane metodą crowdsourcingu – jeśli wiesz o restauracji, która szanuje pracowników i zatrudnia ich legalnie na umowę o pracę, napisz maila (może być anonimowy) klikając tutaj.

Jeśli jesteś pracodawcą i chcesz się pochwalić normalnym podejściem do pracownika, napisz również. Koniecznie zawrzyj w mailu informacje na temat swojego lokalu oraz tego, czy umowa o pracę oferowana jest jako jedyna (lub podstawowa), czy alternatywny wariant, przy równoczesnym oferowaniu innych modeli zatrudnienia.

Napisz również, jeśli zamieszczone tu informacje są Twoim zdaniem błędne.

Lista [aktualizacja: 31.05.2024]

1. Ósma Kolonia ul. Słowackiego 15/19 * wege/vegan * źródło informacji: klienci/pracownicy

2. Słuszna Strawa al. Armii Ludowej 12, ul. Żuławskiego 4/6 * vegan * źródło informacji: klienci/pracownicy

3. Lokal Vegan Bistro ul. Krucza 23/31 * vegan * źródło informacji: klienci/pracownicy

4. Vegan Ramen Shop [?] ul. Finlandzka 12a, ul. Narbutta 83, al. Jana Pawła II 52/54 * vegan * źródło informacji: klienci/pracownicy * informacja wymaga potwierdzenia aktualności i doprecyzowania

Nota prawna: informacje mają charakter orientacyjny i pochodzą od klientów oraz właścicieli restauracji. Nie ponoszę odpowiedzialności za ewentualne nieścisłości i pomyłki, choć dokładam wszelkich starań, aby informacje były możliwie najpełniejsze i najbardziej aktualne. Brak restauracji na liście oznacza jedynie, iż nie mam wiedzy na temat tego, że zatrudnia pracowników na umowę o pracę. Proszę traktować niniejszą listę jako punkt wyjścia do ewentualnej samodzielnej weryfikacji.

 
Czytaj dalej...

from Przewodnik po alternatywnym internecie

Czy zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się podczas ładowania strony www? Klikamy w link do strony na Wikipedii – jakie procesy zachodzą w chwili między kliknięciem a wyświetleniem strony na ekranie? Dzieje się całkiem sporo. Pozwólcie, że wyjaśnię. Niniejszy artykuł ma za zadanie zaspokoić waszą ciekawość, ale nie tylko.

✨ Ogłoszenie parafialne ✨

Otwieram kanał wideo. Od pewnego czasu pracuję nad pierwszym filmem. Kanał ma stanowić uzupełnienie treści Przewodnika po alternatywnym internecie. Uznałem, że taka forma prezentacji będzie bardziej przyswajalna.

Stworzenie filmu wymaga więcej nakładu pracy niż stworzenie artykułu. Nagrywanie dźwięku wymaga odpowiednich warunków. Nie można tego zrobić w drodze na zajęcia. Trzeba też przygotować materiały wizualne i wszystko to poskładać. Dlatego nie obiecuję, że inicjatywa się powiedzie, ani tym bardziej, że będę regularnie publikował. Ponieważ studiuję, mam wiele innych zajęć i niewiele czasu wolnego. Postaram się go jednak znaleźć i wykorzystać produktywnie.

👓 Przeglądarka a wyszukiwarka 🔎

Przeglądarka (www) służy do przeglądania stron. Jest to jedna z aplikacji zainstalowanych na waszym urządzeniu, obok gier, programów do obróbki zdjęć i modelowania 3D, odtwarzaczy muzyki, etc.

Wyszukiwarka służy do przeszukiwania internetu (tak naprawdę jego niewielkiej części). Jest to strona, obok Wikipedii, OpenStreetMap, Nextcloud czy Przewodnika, która pozwala odnaleźć inne strony.

Powszechne mylenie roli przeglądarki i wyszukiwarki ma kilka przyczyn, m.in. wbudowaną dla naszej wygody integrację przeglądarki z wyszukiwarką – w pasku przeglądarki wpisujemy frazę i jesteśmy odsyłani do wyszukiwarki. Możemy jednak łatwo zmienić wyszukiwarkę do jakiej nas odsyła w ustawieniach.

Ustawienia wyszukiwarki w Firefox mobile

Warto zdać sobie sprawę, że awaria wyszukiwarki to nie to samo, co brak internetu. Nadal możemy otwierać linki z zakładek i innych stron, po prostu nie działa wyszukiwanie. Dlatego warto korzystać z zakładek 👍. Poza tym, są jeszcze inne wyszukiwarki.

Linki 🔗

Disclaimer: w celu łatwiejszego odbioru artykuł stosuje pewne uproszczenia lub uogólnienia (np. pominięcie przypadków szczególnych odbiegających od reguły).

Strony www znajdują się na serwerach – specjalnych komputerach, które są zawsze włączone i można się z nimi połączyć przez internet. Serwują różne zasoby: dokumenty, grafiki, wideo, etc. tym urządzeniom, które o nie poproszą. Każdy taki zasób jest identyfikowany czymś, co nazywa się adres URL (czyli potocznie link).

Jeśli uważnie przyjrzymy się jego strukturze, zauważymy, że zawiera on 2 rzeczy – nazwę serwera i ścieżkę do zasobu na serwerze. Rzućmy okiem na kilka przykładów:

https://writefreely.pl/anedroid/f-droid-lepsze-aplikacje-na-twojego-smartfona https://pl.wikipedia.org/wiki/Skandal_Cambridge_Analytica-Facebook https://www.mimuw.edu.pl/~guzicki/materialy/Rekurencja.pdf

Kolorem czerwonym oznaczyłem nazwy serwerów, a kolorem niebieskim – ścieżki do zasobów. Zwłaszcza w ostatnim widzimy, że mamy do czynienia z plikiem pdf. Czasami w ścieżce widzimy autora, datę publikacji lub tytuł; innym razem tylko jakiś ciąg liczb. Dla przeglądarki nie ma on większego znaczenia – to serwer z początku adresu ma wiedzieć, co z nim zrobić. Dla przeglądarki liczy się nazwa serwera, by wiedzieć, dokąd skierować zapytanie.

Warto zauważyć, że nie zawsze ścieżki odpowiadają nazwom plików na serwerze. Serwer może być tak zaprogramowany, aby po otrzymaniu konkretnego zapytania wykonać pewną akcję – np. przeszukania bazy danych i zwrócenia wyników lub usunięcia zasobu.

Fragmentaryczne strony 🧩

Serwer może udostępniać różne zasoby, ale najczęściej są to dokumenty w internetowym formacie html. Jeśli otwieramy stronę na komputerze, wciskając ctrl-s możemy zapisać bieżącą stronę i otworzyć ją nawet, gdy nie będzie internetu – pisałem o tym tutaj.

Html pozwala na osadzanie w dokumencie elementów zewnętrznych, takich jak zdjęcia. Kiedy przeglądarka wczyta dokument html i zobaczy, że są tam odniesienia do dodatkowych elementów, wykonuje automatycznie kolejne zapytania. Takie elementy mogą nawet pochodzić z innych serwerów. Owszem, bez problemu osadzę tutaj obrazek znajdujący się na innej stronie, wystarczy tylko link.

Porównanie kodu html a zapytań przeglądarki 💡 Kliknij aby powiększyć

Niekiedy wczytane elementy wywołują jeszcze więcej zapytań. Przykładowo arkusz stylów (plik określający układ i szczegóły wizualne strony) może zawierać odnośniki do fantazyjnego kroju czcionki użytego w nagłówku. Jak więc widzimy, otwarcie pojedynczej strony wywołuje całą lawinę zapytań, i to do różnych serwerów.

☎️ Internetowy rejestr serwerów

Rozważmy teraz, jak zasób dociera z serwera do przeglądarki. Mamy tu kilka problemów do rozważenia:

  1. Kabel od internetu jest tylko jeden, a otwartych stron wiele. Z internetu korzystają też inne aplikacje. Z kolei do serwera w każdej chwili napływają dziesiątki zapytań od urządzeń całym na świecie, na które musi odpowiadać. Jak te wszystkie strumienie danych się ze sobą nie pomieszają?
  2. Naszego urządzenie i serwera dzieli duży dystans, a transmisję danych wspomagają pośrednicy. Skąd oni wiedzą, gdzie dostarczyć dane i którędy?
  3. Co nazwa serwera mówi nam na temat jego lokalizacji?

Aby rozwiązać te problemy, wymyślono podział komunikacji sieciowej na warstwy lub protokoły. Każde odpowiada za inną część problemu, a zebrane wszystkie razem kształtują internet jaki znamy.


Sama nazwa serwera w zasadzie nic nie mówi na temat jego fizycznej lokalizacji. Nawet końcówki krajowe, jak .pl, wcale nie znaczą, że serwer znajduje się w danym kraju, tym bardziej ogólne końcówki jak .com czy .org. Dużo więcej na temat lokalizacji mówią adresy IP. Kontynenty, kraje i regiony mają przyporządkowane pewne pule adresów (na tej stronie można sprawdzić przybliżoną lokalizację).

Nie da się przesłać pakietu przez sieć bez znajomości adresu docelowego, tak więc nazwy serwerów (tzw. domeny) pełnią głównie funkcję dekoracyjną, podobną do znaku towarowego; łatwiej skojarzyć coś z nazwą niż z ciągiem liczb. Gdyby nie domeny, nasze linki wyglądałyby bardziej tak: http://136.243.44.143/en/about – Fundacja nr 136.243.44.143 😉

Podobno u zarania internetu każdy komputer miał kopię pliku łączącego domeny z adresami. Szybko rosnąca liczba serwerów i domen zrodziła potrzebę bardziej skalowalnego rozwiązania. Obecnie funkcjonują specjalne serwery DNS, które, zapytane o domenę odsyłają adres IP. Tak więc zanim przeglądarka będzie mogła nawiązać połączenie z serwerem www, najpierw musi sprawdzić adres w takiej internetowej książce adresowej.

Wdrożenie DNS „niechcący” umożliwiło podpinanie wielu domen pod jeden adres. Z „wirtualnymi hostami” mamy do czynienia, gdy jeden serwer serwuje różne strony dla różnych domen. Dlatego próba podmiany w linku nazwy na IP może się nie udać – serwer nie będzie wiedział, o co nam chodzi.

Błąd odnajdywania adresu serwera

Warto zdać sobie sprawę, że awaria DNS-a to nie to samo, co brak internetu – być może z łącznością wszystko jest ok, tylko nie z naszą konfiguracją DNS (możemy to znaleźć w ustawieniach sieci systemu operacyjnego). Polecam pamiętać, że 9.9.9.9 to adres serwera DNS, który – jak dotąd – zawsze działał.


Co zatem znaczą końcówki w domenie, jeśli nie lokalizację serwera? Tutaj sprawa się komplikuje, gdyż serwerów DNS jest wiele. Jedne są przeznaczone dla nas – to te, które zaawansowani użytkownicy wpisują w ustawieniach. Inne są dla administratorów, aby mogli dodać rekordy wskazujące na ich stronę. To tam mogą zarejestrować swoje sub-domeny.

Na przykład UMCS ma swoją stronę główną na umcs.pl, ale materiały edukacyjne są na kampus.umcs.pl – subdomenie. Ma też kilka instancji BigBlueButton do zajęć zdalnych: 1.bbb.umcs.pl, 2.bbb.umcs.pl... Oraz wspólny system logowania – login.umcs.pl. Koło informatyczne ma wydzieloną subdomenę skni.umcs.pl, a z niej odchodzą git.skni.umcs.pl i vpn.skni.umcs.pl. Niektóre serwisy tworzą subdomeny dla każdego użytkownika. Zarządzanie tym wszystkim z centralnego, globalnego serwera DNS byłoby kłopotliwe i nieefektywne.

Wyżej w hierarchii stoją komercyjni rejestratorzy domen drugiego poziomu, a nad nimi właściciele końcówek krajowych i tematycznych (np. Polskim .pl zarządza NASK). Na samym szczycie stoją ogólnoświatowe hiperserwery root należące do ICANN.

Tak więc nasz DNS który ustawiamy w ustawieniach, jeżeli nie posiada żądanego rekordu w swojej bazie, przekazuje zapytanie do serwerów odpowiedzialnych za poszczególne strefy. Cały proces możemy prześledzić tutaj. Wszystko to dzieje się w mgnieniu oka 😉.

🔒 Bezpieczeństwo warstwy transportowej 🪪

W komunikacji ze stroną pośredniczy wiele urządzeń; infrastruktura internetowa składa się z routerów – urządzeń obecnych na „skrzyżowaniach”, kierujących ruchem sieciowym. Siłą rzeczy mają dostęp do bajtów, które kopiują z jednego portu do drugiego. Jest wiele punktów, w którym dane mogą zostać przechwycone, sfałszowane...

TLS (dawn. SSL) chroni poufność i integralność danych. Jest obecny na tych stronach, których linki zaczynają się od https://. Zanim zostanie wysłane jakiekolwiek zapytanie, przeglądarka i serwer wymieniają się kluczami kryptograficznymi. Następnie cała reszta komunikacji jest szyfrowana.

Co ważne, serwer uwierzytelnia się przed przeglądarką, prezentując jej certyfikat – plik zawierający m.in. domenę, klucz publiczny i podpis elektroniczny urzędu certyfikacji. To pozwala upewnić się przeglądarce, że rzeczywiście rozmawia ze stroną, za którą się podaje.

Certyfikat X.509 na stronie openstreetmap.org Certyfikat można podejrzeć na komputerze, klikając 🔒 na pasku adresu.

Przeglądarka weryfikuje podpis – sprawdza czy odpowiada podpisanym danym i czy zostały podpisane zaufanym przez zaufany urząd certyfikacji (CA). Przeglądarki mają wbudowaną listę takich urzędów. Oczywiście domena w certyfikacie musi odpowiadać domenie, z którą się łączymy.

Zasady działania podpisów elektronicznych nie będę tutaj wyjaśniał, poza tym, że wykorzystują kryptografię i są nierozerwalnie związane z podpisanym dokumentem. Nie ma podpisów in-blanco. Najmniejsza modyfikacja unieważnia podpis.

Jak strumienie się nie mieszają? 🌊

W jednej zakładce leci muzyka, w tym samym czasie odpalona gra sieciowa i jeszcze komunikator: jednocześnie, na jednym urządzeniu, przez jedno łącze. Jak to jest, że każdy bajt zawsze trafi do właściwej aplikacji? Dzieje się to za sprawą protokołu TCP.

TCP jest obsługiwany przez system operacyjny. Każdemu połączeniu nadaje indywidualny numer portu, dzieli strumień na pakiety, numeruje je i do każdego pakietu dokleja te dwie informacje. Tak przygotowane pakiety mogą być dowolnie przeplatane, nie wchodząc ze sobą w konflikt.

Ponadto, TCP każdorazowo wysyła potwierdzenie odbioru. Jeżeli takowego nie otrzyma w zadanym czasie, ponowi próbę wysłania. TCP umieszcza także na pakiecie sumę kontrolną do wykrywania błędów transmisji.

Dzielenie strumienia danych na pakiety nazywamy enkapsulacją, a ich przeplot – multiplexingiem.

Porty występują po obu stronach, ale u aplikacji nawiązującej połączenie (tzw. klienta) mają charakter tymczasowy, a u serwera port jest zawsze ten sam, w trybie oczekiwania na połączenia od wielu klientów jednocześnie. Różne usługi mają swoje standardowe numery portów, np. dla https jest to 443, a dla DNS – 53.

Schemat obrazujący enkapsulację i multiplexing protokołu TCP Schemat nie uwzględnia adresów IP. Są na innych etykietach. Edit: na rysunku jest błąd. Numery paczek są w odwrotnej kolejności

Serwer http Pythona

Jak pakiet dociera do celu? 🗺️

Tym sposobem dotarliśmy do fundamentów internetu – protokołu IP (Internet Protocol). Tutaj rzeczy robią się najbardziej skomplikowane. Niestety nie mamy w pełni autonomicznego systemu wyznaczania tras. Szkoda. 😒

Tak w ogóle, mamy teraz 2 typy adresów IP. Stary – IPv4 ma postać 159.69.138.33 – czterech liczb 0-255. Wszystkich ich możliwych kombinacji jest tylko 4 miliardy – za mało. Nowy typ – IPv6 ma postać 2a01:4f8:231:1ec7::60:1 – ośmiu liczb 0-65535, ale zapisanych w systemie szesnastkowym (tam gdzie zera, można skrótowo umieścić :: ale tylko w jednym miejscu).

Wciąż używa się starego IP, choć nowe liczy sobie prawie 30 lat, a liczba adresów już dawno się wyczerpała. Obecnie za jednym adresem upycha się kilka osób. Tak działają choćby domowe routery. W lokalnej sieci urządzenia mają unikalne adresy, ale z internetu wszystkie połączenia mają ten sam adres – adres routera. Dlatego gdy ktoś w sieci coś przeskrobie, banem obrywają wszyscy. Odpowiedzialność zbiorowa to relikt przeszłości, dlatego powinniśmy już dawno przejść na IPv6.


Kto tak w ogóle przydziela adresy? W małych sieciach adresy przydzielają się same, w większych – administrator musi skonfigurować pule adresów na routerach – albo nie będzie między nimi łączności. Potrzebna jest tu umiejętność jak najlepszego wykorzystania otrzymanej puli, ponieważ nie można podzielić jej w dowolny sposób.

Istnieje kilka algorytmów wyznaczania tras. Jeden z najstarszych – RIP – co 30 sekund rozgłasza po sieci tablicę routingu, tak że routery wiedzą, gdzie kierować pakiety pod wskazany adres. Trasowanie między zorganizowanymi sieciami lokalnymi odbywa się za pomocą algorytmu BGP, który spaja cały internet.

Na tak niskim poziomie trudno o zmiany i ulepszenia, ponieważ trzeba by było wymieniać działające od lat urządzenia sieciowe na całym świecie. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby prowadzić badania i eksperymentować z nowymi rozwiązaniami. W internecie (również tym alternatywnym) funkcjonują nakładkowe sieci, które kierują się innymi zasadami. Niestety są zależne od zwykłego internetu, ale zawierają wiele ulepszeń od których „zwykły internet” mógłby czerpać inspiracje.

Weźmy za przykład sieć Yggdrasil: – Urządzenie ma stały, losowy adres IPv6, niezależny ani od lokalizacji ani połączonych węzłów. – Każde inne urządzenie może się z nim połączyć – nie trzeba kupować publicznego adresu IP aby udostępnić stronę z własnego komputera. – Cała komunikacja jest szyfrowana na poziomie sieci (por. TLS, który szyfruje tylko indywidualne porty dla aplikacji, które to obsługują). – Sieć wykorzystuje własny, w pełni autonomiczny algorytm routingu. Jedyne, co muszą wybrać użytkownicy, to swoich sąsiadów.

Z wad – DNS jeszcze się tam nie rozwinął. Większość stron nie ma domen, sam adres. Choć i w tym obszarze prowadzone są badania.

Rozwiń

  1. Przeglądarka zgłasza systemowi operacyjnemu chęć połączenia się z serwerem example.com, port 443.
  2. System operacyjny wysyła zapytanie o domenę example.com do skonfigurowanego serwera DNS (9.9.9.9 aka Quad9).
  3. Zapytanie dociera do serwera DNS. Szuka w bazie danych rekordu dla example.com, ale go nie znajduje.
  4. Quad9 rozpoczyna rekurencyjne rozwiązywanie: wysyła zapytanie o domenę example.com do globalnego serwera DNS (e.root-servers.net)
  5. Globalny DNS nie zajmuje się domenami 2 poziomu i przekierowuje Quad9 do serwera odpowiedzialnego za .com (a.gtld-servers.net)
  6. Quad9 kieruje zapytanie do a.gtld-servers.net o example.com.
  7. a.gtld-servers.net wyciąga ze swojej bazy rekord od example.com. Jest w nim przekierowanie do DNS-a administratora example.com (b.iana-servers.net). Przekierowuje tam Quad9.
  8. Quad9 kieruje się do b.iana-servers.net z tym samym zapytaniem.
  9. b.iana-servers.net zwraca adres IP domeny example.com (93.184.215.14).
  10. Quad9 zapamiętuje rekordy aby na przyszłość skrócić czas oczekiwania. Odsyła wynik komputerowi.
  11. Komputer nawiązuje połączenie TCP z 93.184.215.14 (example.com) na porcie 443 z portu 10598 (SYN).
  12. example.com potwierdza połączenie (SYN ACK).
  13. Komputer odsyła potwierdzenie przyjęcia potwierdzenia (ACK ACK).
  14. System operacyjny przekazuje kontrolę nad połączeniem przeglądarce.
  15. Przeglądarka rozpoczyna sesję TLS.
  16. Serwer wysyła swój certyfikat (dla example.com, podpisany przez DigiCert Inc.)
  17. Przeglądarka weryfikuje podpis, stwierdza, że należy do zaufanego CA i kontynuuje nawiązywanie bezpiecznego połączenia.
  18. Przeglądarka i serwer ustalają klucz sesji.
  19. Przeglądarka wysyła zapytanie o stronę https://example.com
  20. Serwer odsyła plik HTML i zamyka połączenie.
  21. Przeglądarka odbiera plik i postanawia załadować ikonę favicon.ico (https://example.com/favicon.ico).
  22. Przeglądarka nawiązuje kolejne połączenie z example.com i wysyła zapytanie.
  23. Serwer stwierdza, że nie ma u siebie takiego pliku i odsyła błąd 404, ponownie zamykając połączenie.
  24. Przeglądarka przechodzi w stan gotowości.

Napisałem dla własnej satysfakcji. Dużo, prawda? Nie wspomniałem tu o podziale na pakiety i routingu! 😆

Właśnie dlatego dokonano podziału sieci na warstwy, które można rozpatrywać niezależnie.

Zagrożenia 💀🌋

Jedne ujawniają się przy źle zaprojektowanych, wdrożonych lub skonfigurowanych systemach, inne wykorzystują ludzką niewiedzę czy naiwność. W internecie jest wiele zagrożeń różnego rodzaju.

Wiedza, którą tutaj przedstawiłem ma nie tylko zaspokoić waszą ciekawość – posłuży za podstawę do zrozumienia możliwych ataków w przyszłych wpisach. Przyjrzymy się różnym próbom skłonienia użytkownika do odwiedzenia fałszywej strony, gdzie poda swoje dane logowania i nauczymy się odpowiednio zabezpieczyć swoją przeglądarkę i konfigurację sieci. O ile najpierw nie opublikuję filmu, oczywiście.

Do zobaczenia! 👋

 
Czytaj dalej...

from didleth

Prasówka (z ostatnich 2 tygodni, do 10.05)

Państwo, instytucje, inwigilacja i ochrona danych - Polska i reszta UE

Przy okazji – staram się przestawić na rssy i znalezienie rssów NASK (nie CERT NASK, a samego NASK) czy Ministerstwa Cyfryzacji mnie przerosło ;) jak ktoś ma – może dorzucić ;)

  1. Raport z kontroli NIK – administracja publiczna używa oprogramowania bez wymaganych licencji, nieakutalnego, wycofanego z powodu niedostatecznych zabezpieczeń https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/zarzadzenie-oprogramowaniem-administracja-publiczna.html

  2. Politycy chcą wiedzieć o nas coraz więcej – to klucz do wygranej https://www.instagram.com/p/C6osi2xKEuY/

  3. Unia Europejska to kwestia standardów https://www.instagram.com/p/C6a0mgUIxAI/

  4. Czy dzieci mają prawo do godności i prywatności? 2 teksty z prasówki feministycznej, wrzucone tutaj z premedytacją – bo zagrożenia dla prywatności to nie tylko kwestia technologii https://www.facebook.com/photo?fbid=968338305295222&set=pcb.968341918628194 https://www.edziecko.pl/rodzice/7,79361,30918630,dzieci-myslaly-ze-jada-na-kolenie-obcy-zabrali-im-wszystko.html

  5. Wszystkie nasze miejskie strachy. Kto się boi 5G, szczepionek i... pieszych? https://spidersweb.pl/plus/2024/05/wszystkie-nasze-miejskie-strachy-kto-boi-sie-5g-szczepionek-i-pieszych

  6. Czym dokładnie jest “koszt sprawy” w Systemie Losowego Przydziału Spraw? https://twitter.com/InfZakladowy/status/1788645726462816451

  7. Czy z rynku znikną mali dostawcy internetu LTE? https://pol.social/@m0bi13/112364897422347486

  8. PUODO wycofuje skargę kasacyjną dot. ujawnienia danych osobowych aktywistki przez stację telewizyjną w 2020 r. https://uodo.gov.pl/pl/138/3083

  9. NASK wystawia sobie laurkę. Chwalą się m. in. “dbaniem o cyberbezpieczeństwo dzieci” – jakby ktoś zapomniał to polega to na zachęcaniu dzieci w ramach “warsztatów z cyberbezpieczeństwa”, by pozowały do publicznych zdjęć z politykami... https://www.nask.pl/pl/aktualnosci/5399,Czy-powinnismy-bic-na-alarm-Wazny-glos-NASK-w-dyskusji-na-EKG-o-cyberbezpieczens.html

  10. Ranking Wolności Mediów. Coraz lepsza pozycja Polski https://www.euractiv.pl/section/demokracja/news/ranking-wolnosci-mediow-coraz-lepsza-pozycja-polski-raport/

  11. Tygodnik Polityka lobbuje na rzecz Tik Toka https://www.facebook.com/magda.bigaj/posts/pfbid0AM31feSLoo5UChBuyZDLsBKDvPi65RrFyu9xhVaK5wkbvsCxHnEXgUcRTxp1fiRcl https://www.facebook.com/akurasinski/posts/pfbid02uQLpE4hgF1Y5BUfvrkPrY9cnetwY8kjtVgnJwXZdUQdsmzrXpuhEwDp9jLG8nEgRl

  12. Policja i prokuratura w akcji – tym razem de facto bronią oszustów internetowych zwalając winę na ofiarę https://infosec.exchange/@zaufanatrzeciastrona/112367006394440999

  13. Dezinformacje dot. klimatu w depeszy PAP https://twitter.com/DemagogPL/status/1783886348220240186

  14. Prof. Ryszard Koziołek: AI nie wyprze humanistów, ale przesunie ich w inne miejsce https://naukawpolsce.pl/aktualnosci/news%2C101890%2Cprof-ryszard-koziolek-ai-nie-wyprze-humanistow-ale-przesunie-ich-w-inne

  15. Prasówki z techspresso.cafe są dostępne w formie newslettera – nie trzeba już mieć konta na fb. Polecam, zapisy na: https://techspresso.substack.com/

  16. Rząd przyjął Prawo Komunikacji Elektronicznej – udało mi się znaleźć tylko laurkowe artykuły, a projektu nie czytałam (nie miałam kiedy), ale z tego, co pamiętam, do zostaje retencja danych zostaje (nie wiem, czy w szerszym zakresie, niż dotąd) https://www.wnp.pl/tech/prawo-komunikacji-elektronicznej-po-nowemu-rzad-przyjal-projekty,832262.html

  17. Sędzia Szmydt, który uciekł na Białoruś, decydował komu przyznać dostęp do tajnych materiałów? https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,30944883,sedzia-szmydt-ktory-uciekl-na-bialorus-zajmowal-sie-przyznawaniem.html

  18. Jak poprawić wolność mediów i słowa w Polsce (raport) https://oko.press/jak-poprawic-wolnosc-mediow-i-slowa-w-polsce-raport

  19. W jakim trybie pytać o wycinkę drzew? https://informacjapubliczna.org/sentence/w-jakim-trybie-pytac-o-wycinke-drzew/

  20. Rejestr medyczny przysłuży się pacjentom – czy big techom? Powiem szczerze, że znając podejście polskich władz do polityki cyfrowej i big techów jakoś optymistką nie jestem... https://twitter.com/ZygmuntowskiJ/status/1784849968529874945

  21. Polska Wikipedia usunęła wpis dot. Fundacji Technologie dla Ludzi. Słabo. Wiedziałam, że w Wikipedii są wojny o hasła (pamiętam, jak cenzurowali wpisy o indymediach i dziennikarstwie obywatelskim lata temu), ale nie wiedziałam, że całe hasło może polecieć O_o https://pol.social/@mstankiewicz/112355557736189505

  22. M. Gramatyka: kod źródłowy obywatela poznany tylko częściowo https://cyberdefence24.pl/polityka-i-prawo/kod-zrodlowy-mobywatela-poznamy-tylko-czesciowo

  23. Trojany rządowe. Szansa czy zagrożenie? https://twitter.com/borys_tomasz/status/1787748102297760056

  24. Szef bezpieczeństwa państwowego Turyngii: “TikTok jak koń trojański” https://www.heise.de/news/Thueringer-Verfassungsschutzchef-TikTok-wie-ein-Trojaner-9708599.html

  25. Czy UE zamknie swoje instancje i profile w fediwersum? https://netzpolitik.org/2024/mastodon-and-peertube-eu-closing-up-shop-in-fediverse-because-nobody-wants-to-run-servers/

  26. Europol znów chce uderzyć w szyfrowanie end-to-end https://www.euractiv.com/section/law-enforcement/news/europols-declaration-against-end-to-end-encryption-reignites-debate-sparks-privacy-concerns/

  27. OpenAI slapped with GDPR complaint: How do you correct your work? (info za noyb.eu). Polecam, ciekawe https://www.theregister.com/2024/04/29/openai_hit_by_gdpr_complaint/

  28. Luka w zabezpieczeniach Bundeswehry i niemieckiego rządu – dziennikarze odkryli, że informacje o tym, kto kogo zaprasza na videorozmowę były publicznie dostępne (paywall) https://www.zeit.de/digital/datenschutz/2024-05/bundeswehr-webex-sicherheitsluecke-it-sicherheit/komplettansicht

  29. FragDenStaat wygrywa w sądzie z Parlamentem Europejskim – PE musi przekazać dane dot. neonazistowskiego europosła https://fragdenstaat.de/blog/2024/05/08/eu-parlament-muss-daten-zu-griechischem-neonazi-offenlegen/

  30. Czy Norwegia zakaże telefonów komórkowych w szkołach? https://cyberdefence24.pl/cyberbezpieczenstwo/cybermagazyn-cyberdzieci-z-polnocy-czy-maja-problem-z-zyciem-w-sieci/

  31. Komisja Europejska wszczyna dochodzenie przeciwko Mecie w związku z naruszeniem DSA https://ec.europa.eu/commission/presscorner/detail/en/ip_24_2373 https://social.network.europa.eu/@EU_Commission/112359689282965613

  32. Zalecenia EDRi dot. zwiększenia skuteczności RODO https://eupolicy.social/@edri/112404523079679115

  33. “Halucynacje” chatuGPT są niezgodne z RODO https://twitter.com/techspressocafe/status/1784929687803703549

  34. Prywatność znów w niebezpieczeństwie https://digitalcourage.social/@echo_pbreyer/112404325532759455

  35. Kara dla Avasta za naruszenie danych osobowych https://www.heise.de/news/Tschechien-Datenschutzbehoerde-verdonnert-Avast-zu-13-9-Millionen-Euro-Strafe-9707824.html

  36. Ursula Von der Leyen rozważa możliwość zakazu Tik Toka w Europie https://www.heise.de/news/Von-der-Leyen-TikTok-Verbot-in-EU-nicht-ausgeschlossen-9704675.html

  37. ETS zezwala na retencję danych (pod pewnymi warunkami) w celu ochrony praw autorskich https://www.heise.de/news/Urheberrechtsverstoesse-EuGH-gestattet-Vorratsdatenspeicherung-grundsaetzlich-9704193.html

  38. iPadOS – czy wedle DMA Apple jest gatekeeperem? https://www.euractiv.com/section/digital/news/eu-commission-named-apple-ipados-as-gatekeeper-under-digital-market-regulation/

  39. Reporterzy bez Granic boją się o wolność europejskich mediów https://www.euractiv.com/section/politics/news/european-media-under-attack-from-politicians-reporters-without-borders-sounds-the-alarm/

  40. Saksońska policja wykorzystuje technologię rozpoznawania twarzy https://netzpolitik.org/2024/ueberwachungstechnik-polizei-observiert-mit-gesichtserkennung/

  41. Wyciek danych w aplikacji rekrutacyjnej PE https://www.euractiv.com/section/cybersecurity/news/european-parliaments-recruitment-application-compromised-in-data-breach/

  42. Wyższe cła na chińskie auta elektryczne? https://www.heise.de/news/Elektroautos-aus-China-Wissing-lehnt-hoehere-Zoelle-ab-9711743.html

  43. Influencerzy unikają oznaczania reklam https://www.heise.de/news/Influencer-Werbung-Medienwaechter-griffen-2023-in-773-Faellen-ein-9709710.html

  44. Jak rosyjska grupa APT28 próbowała zainfekować polskie instytucje rządowe https://infosec.exchange/@avolha/112405622466998452

  45. Telegram zacznie moderować treści? https://www.instagram.com/p/C6qa8Uvssaa/

Sztuczna inteligencja

#AI #SI #sztucznainteligencja

  1. Kolejne media pozywają OpenAI i Microsoft w związku ze szkoleniem sztucznej intelgencji na ich materiałach https://www.heise.de/news/Urheberrecht-und-KI-US-Verlage-verklagen-OpenAI-und-Microsoft-9705144.html

  2. Londyńska policja wielokrotnie korzystała z PimEyes – narzędzia do biometrycznego rozpoznawania twarzy https://netzpolitik.org/2024/biometrische-suchmaschine-londoner-polizei-soll-tausendfach-pimeyes-aufgerufen-haben/

  3. Na festiwalu filmowym będzie można zobaczyć film opowiadający o nastolatce, która padła ofiarą deepfakeporn. Link dają za Panoptykonem do kina warszawskiego – ale widziałam, że we Wrocławiu też jest https://www.facebook.com/Panoptykon/posts/pfbid0TPPSvG4vESjCRByB7T46AgagdFxoBd8rZ2s8vbaAPQ4RU5Y43hsyCtnuxWgzVJwAl

  4. Problemy z implantem neuralink https://arstechnica.com/science/2024/05/elon-musks-neuralink-reports-trouble-with-first-human-brain-chip/

  5. Meta zachęca reklamodawców, by ci tworzyli lub przerabiali zdjęcia reklamowe za pomocą sztucznej inteligencji, zamiast korzystać z usług specjalistów https://www.heise.de/news/Neue-Facebook-Funktion-fuer-Werbetreibende-Mehr-KI-fuer-billigere-Werbung-9713554.html

  6. Influencerka z tik toka zajmująca się pisaniem recenzji książek przyznała, że recenzje pisała sztuczna inteligencja https://www.granice.pl/news/skandal-na-tiktoku-influencerka-przyznala-ze-recenzje-pisalo-jej-ai/26118

  7. Raport Bloomberga: Microsoft wprowadził model generatywnej sztucznej inteligencji oparty o GPT-4, zaprojektowany specjalnie dla agencji wywiadowczych – aby te mogły na nim działać odłączone od internetu https://arstechnica.com/information-technology/2024/05/microsoft-launches-ai-chatbot-for-spies/

  8. Brudna inteligencja. Nie, AI nie rozwiąże kryzysu klimatycznego, może go nawet pogłębić https://oko.press/ai-nie-rozwiaze-kryzysu-klimatycznego

  9. Jeden ze zwoi z Herkulanum, odczytanych dzięki sztucznej inteligencji, opisuje ostatnie chwile życia Platona (żyjemy w takich czasach, że jednak na wszelki dorzucę to, co oczywiste: istnienie tego opisu to jedno, jego wartość źródłoznawcza to osobna kwestia), przedstawia też szczegóły jego pochówku https://www.tygodnikpowszechny.pl/ostatnie-chwile-platona-co-ujawnil-zwoj-z-herkulanum-186983 https://www.polskieradio.pl/39/1240/Artykul/3374004,naukowcy-ustalili-miejsce-pochowku-platona-pomogla-sztuczna-inteligencja

  10. Amerykanie chcą regulacji AI https://www.politico.com/newsletters/digital-future-daily/2024/05/06/exclusive-poll-americans-favor-ai-data-regulation-00156350

  11. Sztuczna inteligencja i zagrożenia dla demokracji https://www.politico.com/newsletters/digital-future-daily/2024/05/06/exclusive-poll-americans-favor-ai-data-regulation-00156350

  12. Trwa starcie korporacji – nowy model AI od Microsofru ma uderzyć w GPT-4 oraz w Gemini https://arstechnica.com/information-technology/2024/05/microsoft-developing-mai-1-language-model-that-may-compete-with-openai-report/

(Cyber)bezpieczeństwo i polityka pozaunijna

  1. Brytyjski rząd zabrania zabezpieczania inteligentnych urządzeń za pomocą słabych haseł https://www.heise.de/news/Britische-Regierung-verbietet-Geraete-mit-schwachen-Passwoertern-9702215.html

  2. Sprzedał armii USA podrobiony sprzęt Cisco za około $100 000 000 https://sekurak.pl/sprzedal-armii-usa-podrobiony-sprzet-cisco-za-okolo-100-000-000/

  3. Weekendowa lektura Zaufanej Trzeciej Strony https://zaufanatrzeciastrona.pl/post/weekendowa-lektura-odcinek-569-2024-04-28-bierzcie-i-czytajcie/ https://zaufanatrzeciastrona.pl/post/weekendowa-lektura-odcinek-570-2024-05-03-bierzcie-i-czytajcie/

  4. Ponad 850000 ofiar fałszywego sklepu https://www.heise.de/news/BogusBazaar-Bande-in-China-steckt-hinter-zehntausenden-Fake-Shops-9711839.html

  5. “Nie jestem twoją koleżanką” = o kulturze inby https://www.instagram.com/p/C6YrAj8o-dx/

  6. Co mówi nam rosyjska doktryna informacyjna? https://www.instagram.com/p/C6LZQByoJHd/

  7. Chiny wypuszczają opensourceową alternatywę dla ChatGPT. Umieszczenie tego w dziale polityki i cyberbezpieczeństwa, a nie w dziale AI – w pełni zamierzone https://www.heise.de/news/ChatGPT-4-Konkurrent-aus-China-DeepSeek-V2-ist-Open-Source-9713482.html

  8. Kryzys mieszkaniowy w Kalifornii wpycha branżę tech do kapsuł za 700 dolarów miesięcznie https://www.instagram.com/p/C6n5GQhMmiy/

BigTechy i wolny internet

  1. Fundacja Technologie dla Ludzi potrzebuje wsparcia finansowego https://pol.social/@ftdl/112354171122806700

  2. Jack Dorsey twierdzi, że nie jest już członkiem zarządu Bluesky https://szmer.info/post/3121913

  3. Cory Doctorow o Amazonie https://pluralistic.net/2024/05/06/one-click-to-quit-the-union/

  4. Ethan Zuckerman, amerykański profesor pracujący nad wtyczką pozwalającą użytkownikom na większą kontrolę nad feedem, pozywa Metę https://arstechnica.com/tech-policy/2024/05/professor-sues-meta-to-allow-release-of-feed-killing-tool-for-facebook/

  5. Prasówki z techspresso.cafe, dostępne dotąd w zamkniętej grupie facebookowej, są teraz dostępne w formie maila – to dobra wiadomość dla tych, którzy chcieliby skorzystać, ale nie mogli, bo nie używają facebooka. Zapisy przez https://techspresso.substack.com/

  6. TikTok zaskarża amerykański zakaz TikToka https://www.heise.de/news/Tiktok-bekaempft-US-Verbot-vor-Gericht-9711626.html https://arstechnica.com/tech-policy/2024/05/tiktok-and-its-chinese-owner-sue-us-government-over-foreign-adversary-law/ https://www.instagram.com/p/C6rRDz2O5YI/

  7. ARD i ZDF chcą udostępnić kod swoich mediatek https://www.heise.de/news/ARD-und-ZDF-wollen-ihren-Streaming-Code-als-Open-Source-anbieten-9709109.html

  8. Musk przejął się narzekaniami na “jednego polskojęzycznego moderatora na twitterze” – i teraz nie ma nawet tego jednego ;–) https://transparency.twitter.com/dsa-transparency-report.html

Podcasty i video

  1. Nauka to lubię: Edukacja w Polsce – wymaga zmian systemowych? https://naukatolubie.pl/podcast/edukacja-w-polsce-wymaga-zmian-systemowych/

  2. Digital Fight Club – inwigilacja nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy. Z Anną Biseli, redaktorką naczelną netzpolitik.org (de) https://www.youtube.com/watch?v=rgPqr7wekC0

  3. Prawie znaleziono algorytm łamiący kryptograficzne problemy kratowe – ICD Weekend 23 https://www.internet-czas-dzialac.pl/weekend-23/

  4. Wywiad z Marianem Rejewskim, który złamał Enigmę https://infosec.exchange/@zaufanatrzeciastrona/112377695236229299

  5. Techspresso live – podsumowanie kwietnia https://www.instagram.com/reel/C6elzPMIEt2/

  6. Jak inne państwa radzą sobie z kontrolą służb specjalnych? Rozmowa z dr. Mateuszem Kolaszyńskim https://panoptykon.org/podcast-kolaszynski-sluzby-kontrola

  7. Mateusz Chrobok o CSIRT KNF za 2023 https://infosec.exchange/@avolha/112389679582203337

Dobre wiadomości

  1. NOYB składa skargę przeciwko OpenAI (chodzi o chat GPT) https://twitter.com/techspressocafe/status/1784929687803703549

  2. Prasówki z techspresso.cafe są dostępne w formie newslettera – nie trzeba już mieć konta na fb. Polecam, zapisy na: https://techspresso.substack.com/

  3. Krytyka Polityczna publikuje teksty Doctorowa – po polsku https://eupolicy.social/@panoptykon/112409879761769370

  4. W poznańskiej bibliotece znaleziono książki z odręcznymi notatkami braci Grimm – wcześniej uchodziły za zaginione https://lustrobiblioteki.pl/2024/04/cenne-dziela-braci-grimm-odnalezione-w-bibliotece-uniwersyteckiej-w-poznaniu/ https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,30936713,druki-z-ksiegozbioru-braci-grimm-w-poznanskiej-bibliotece-naukowcy.html

  5. Jeden ze zwoi z Herkulanum, odczytanych dzięki sztucznej inteligencji, opisuje ostatnie chwile życia Platona, przedstawia też szczegóły dot. jego pochówku https://www.tygodnikpowszechny.pl/ostatnie-chwile-platona-co-ujawnil-zwoj-z-herkulanum-186983 https://www.polskieradio.pl/39/1240/Artykul/3374004,naukowcy-ustalili-miejsce-pochowku-platona-pomogla-sztuczna-inteligencja

  6. Komisja Europejska wszczyna dochodzenie przeciwko Mecie w związku z naruszeniem DSA https://ec.europa.eu/commission/presscorner/detail/en/ip_24_2373 https://twitter.com/DemagogPL/status/1788518495044427800

  7. Kara dla Avasta za naruszenie danych osobowych https://www.heise.de/news/Tschechien-Datenschutzbehoerde-verdonnert-Avast-zu-13-9-Millionen-Euro-Strafe-9707824.html

  8. ARD i ZDF chcą udostępnić kod swoich mediatek https://www.heise.de/news/ARD-und-ZDF-wollen-ihren-Streaming-Code-als-Open-Source-anbieten-9709109.html

  9. Ethan Zuckerman, amerykański profesor pracujący nad wtyczką pozwalającą użytkownikom na większą kontrolę nad feedem, pozywa Metę https://arstechnica.com/tech-policy/2024/05/professor-sues-meta-to-allow-release-of-feed-killing-tool-for-facebook/

  10. Telegram będzie musiał moderować treści https://www.instagram.com/p/C6qa8Uvssaa/

 
Czytaj dalej...