ihor 🏴‍☠️

zapiski mało istotne

#ebook #cytaty #MyClippingsTXT

„W  tej zamkniętej przestrzeni  żyję  dla siebie  samego – pisał. – Klucz  do  tego pomieszczenia  zawsze  noszę  przy sobie –  nikt  nie może  tam  wejść  bez mej zgody”

Praca głęboka (deep work): Czynności zawodowe wykonywane w stanie koncentracji, przy maksymalnym wykorzystaniu zdolności poznawczych. Czynności te tworzą nowe wartości, sprzyjają doskonaleniu umiejętności i są trudne do powtórzenia.

Jeżeli zorganizuję swoje życie tak, że będę miał długie i nieprzerwane okresy spokoju, będę mógł pisać powieści. [Jeśli jednak ciągle będą mi przerywać], co je zastąpi? Zamiast powieści, mającej długi żywot… powstanie plik wiadomości e-mailowych, które wysłałem do różnych ludzi.

bezlitośnie ruguję wszystkie płytkie czynności i pieczołowicie rozwijam aktywność głęboką.

co właściwie składa się na ćwiczenia celowe. Podstawowe elementy są zwykle następujące: (1) twoja uwaga jest skupiona na konkretnej umiejętności, którą próbujesz doskonalić, lub myśli, którą starasz się przyswoić; (2) oceniając osiągnięte wyniki, korygujesz swoją postawę, aby móc skupić uwagę dokładnie na tym, co przynosi najlepsze rezultaty.

główne trendy w dzisiejszym biznesie zmniejszają zdolność do wykonywania pracy głębokiej, chociaż korzyści przez nie obiecywane (na przykład zwiększenie częstotliwości kontaktów, szybsze reagowanie na prośby i większa publicity) są dużo mniejsze niż korzyści z pracy głębokiej (na przykład zdolność szybkiego uczenia się i tworzenia na najwyższym poziomie)

Jeśli chodzi o zachowania rozpraszające uwagę w miejscu pracy, pierwszeństwo należy się wszechobecnej dziś kulturze łączności (culture of connectivity). Wymaga ona, aby każdy szybko odpisywał na e-maile (oraz pokrewne komunikaty)

W czasach Taylora produktywność była jednoznacznie określona liczbą części zmontowanych na jednostkę czasu. W dzisiejszym świecie biznesu wielu pracowników umysłowych, z braku innych pomysłów, chce odkurzyć starą definicję produktywności, próbując w sposób wymierny określić swą wartość.

Krzątanina jako miara produktywności: Z braku jednoznacznych mierników produktywności i przydatności zawodowej wielu pracowników umysłowych sięga po przemysłowy wskaźnik produktywności, czyli robi wiele rzeczy tak, aby było to widoczne.

Zacznijmy od ostrzeżenia, które wystosował nieżyjący już medioznawca, profesor Uniwersytetu Nowojorskiego Neil Postman. Już na początku lat dziewięćdziesiątych, czyli w epoce przyspieszenia rewolucji komputerowej, dowodził on, że nasze społeczeństwo wkracza w fazę niepokojących związków z techniką. Przestało się mówić o kompromisach z nowymi technologiami, o ich zaletach i wadach. Zaczęliśmy uważać, że wszystko, co wiąże się z nowoczesną techniką, jest dobre. Koniec i kropka.

credo średniowiecznych kamieniarzy: „My tylko ciosamy kamienie, ale zawsze musimy mieć przed oczami katedry”.

mamy ograniczony zasób siły woli, który zmniejsza się w miarę zużywania

Jeśli jednak zastosujesz mądre procedury i rytuały – może to być na przykład ustalona godzina i ciche miejsce, w którym codziennie wykonujesz zadania głębokie – będziesz potrzebować znacznie mniej siły woli, żeby je zacząć i kontynuować. Na dłuższą metę twoje głębokie wysiłki znacznie częściej zakończą się powodzeniem.

Osoby, które pragną zakłócić moją koncentrację, są uprzejmie proszone, żeby tego nie robiły. Uprzedzam, że nie odpowiadam na e-maile… jeżeli podstawowa informacja [o moich zasadach komunikacji] zginęła w potoku słów, powtórzę ją tutaj w zwięzłej formie: cały mój czas i uwaga są już zajęte – i to kilkakrotnie. Bądźcie łaskawi nie prosić o nie

odcina się od świata i nie uważa, że musi się z tego tłumaczyć)

Pokutuje przekonanie, że artyści pracują pod wpływem natchnienia – że siła twórcza pojawia się nie wiadomo skąd na podobieństwo uderzenia pioruna albo erupcji… mam jednak nadzieję, że [z mojej książki] wynika jasno, iż czekanie na przypływ natchnienia to fatalny, zupełnie fatalny pomysł. W gruncie rzeczy najlepsza rada, jaką mógłbym udzielić ludziom pragnącym pracować twórczo, brzmi: nie zawracajcie sobie głowy natchnieniem16.

David Brooks ujmuje to zwięźle: „Wielcy twórcy myślą jak artyści, ale pracują jak księgowi”.

powtarzali: „Kiedy naprawdę muszę się skoncentrować, wyłączam wszystko i jestem skupiony jak promień lasera”. Niestety, wyrobili w sobie nawyki umysłowe, które nie pozwalają im być skupionymi jak promień lasera. Są pochłaniaczami informacyjnej sieczki. Nie umieją się nie rozpraszać

internetowy szabat (czasami nazywany cyfrowym detoksem). W swojej podstawowej formie przewiduje on internetową abstynencję, zwykle przez jeden dzień w tygodniu. Jak wiadomo, żydowski szabat jest okresem wyciszenia i refleksji, w którym kontempluje się Boga i jego dzieła. Zgodnie z tym wzorem szabat internetowy ma przypomnieć o tym, co tracimy, gdy jesteśmy przyklejeni do ekranu.

nie pracuję po siedemnastej trzydzieści. Nazywam to regułą produktywności stałego rozkładu dnia (fixed-schedule productivity). Ustalam sobie konkretny cel: nie pracować po określonej godzinie, a potem przyjmuję taką strategię, żeby ten cel osiągnąć. Od ponad pół dekady z powodzeniem stosuję regułę produktywności stałego rozkładu dnia i ma ona zasadnicze znaczenie dla mojego życia zawodowego, którego osią jest praca głęboka.

Nie odpisuj na e-mail, jeśli zachodzi któryś z poniższych warunków:

• E-mail jest wieloznaczny albo w inny sposób powoduje, że trudno udzielić na niego rozsądnej odpowiedzi. • Nie zawiera spraw ani propozycji, które cię interesują. • Nic specjalnie dobrego nie wyniknie z twojej odpowiedzi i nic szczególnie złego się nie stanie, jeśli nie odpiszesz.

„Przyzwyczaj się, że niemiłe rzeczy czasami się zdarzają. Jeśli będziesz się przejmował, nigdy nie starczy ci czasu na wielkie sprawy zmieniające twoje życie”

Marshall McLuhan twierdził, że „medium to przekaz”, ale z naszych rozważań wynika, że „medium to moralność” – albo jesteś za facebookową przyszłością, albo uważasz ją za upadek ludzkości.

Dostałem (podobnie jak “wszystkie gospodarstwa domowe w Polsce” rządowy Poradnik bezpieczeństwa. Sama broszura nie jest w Europie niczym wyjątkowym – podobne publikacje już jakiś czas temu pojawiły się m.in. w Szwecji i Niemczech (ta ostatnia była wydana także w języku polskim; nasza publikacja rzekomo także ma inne wersje językowe, ale na podanej stronie www ich nie znalazłem). Poradnik ewidentnie skierowany jest do osób, które na chwilę obecną nie mają zielonego pojęcia jak się przygotować i jak się zachować w sytuacji kryzysu. Omawia podstawowe kwestie, każde zagadnienie to mniej więcej dwie strony druku (wraz z obrazkami) – więc siłą rzeczy każdy temat musi być potraktowany pobieżnie, raczej jako zasygnalizowanie problemu. Dodatkowo zakres tematyczny broszury jest bardzo szeroki – od pożaru, poprzez blackout, powódź, atak bombowy i chemiczny po cyberprzestępczość. Całkiem nieźle została przedstawiona kwestia pierwszej pomocy; aż 4 strony – jak na tę publikację naprawdę sporo. Dla odmiany higiena w kryzysie, bardzo istotna kwestia choćby pod kątem epidemicznym, to ledwie kilka ogólnikowych zdań.

Poradnik dużą wiarę pokłada w działaniu służb i sprawności systemu obrony – “działa system ochrony ludności”, “prowadzi lokalne centrum zarządzania kryzysowego”, zachęty do korzystania ze schronów (macie w swojej okolicy?), “służby komunalne poinformują Cię” itp. Chciałbym podzielać wiarę autorów w skuteczność i efektywność działań naszych służb. Kwestię polecania publicznych mediów jako godnych zaufania przemilczę.

Z drugiej strony w Poradniku jest sporo wartych zapamiętania aspektów – choćby zaopiekowanie się osobami starszymi i zwierzętami (także gospodarskimi!), wyposażenia domu w gaśnicę i koc gaśniczy (kto z Was ma?), pobranie map offline (ja skłaniałbym się bardziej w stronę papierowych) czy kwestia rozmawiania o zagrożeniach z dziećmi.

Lakoniczność broszury jest jej największą wadą. Ale ile osób przeczytałoby opasłe, drobiazgowe tomiszcze omawiające dziesiątki zagadnień? I z pewnością lepiej, by przeciętny obywatel sięgnął do tego tekstu, niż do porad jutubowych prepperów typu “kup broń i sam zdobądź potrzebne rzeczy” albo “naucz się zastawiać pułapki i upoluj jelenia”

Podczas pobytu w Helsinkach na gorąco robiłem krótkie notatki – uwagi, spostrzeżenia, skargi i wnioski. Część z nich wrzucam tutaj, w sumie nie wiem po co :D

Notatnik

Kierowcy TIR-ów dzielnie trzymają sznyt połowy lat 90.ych

Nastolatki nie potrzebują kofeiny, by być nabuzowanymi energią

Patrząc na gniazdka w hotelach, pociągach, miejscach publicznych – USB-A jeszcze długo bedzie nam towarzyszyć. Inna sprawa – kto rozsądny podpina swój sprzęt w takich miejscach?

W Helsinkach na ulicach praktycznie nie ma śmietników – a mimo to jest czysto

W Finlandii czuję się jak analfabeta; wokół mnóstwo napisów, które absolutnie nic mi nie mówią. Słowa, które nie przypominają niczego znajomego. I chyba mają target na ilość umlautów w wyrazach

Zamawiam jedzenie w chińskiej restauracji w Helsinkach, Podśmiewam się, że nie umiem jeść pałeczkami i powinienem dostać zwykłe sztućce. Dostajemy zamówienie – tylko ja dostaję łyżkę... XD

Pseudonim Buddy Guy totalnie nie ma sensu (słuchając bluesowej playlisty)

Podstawowa cena tutaj to 4€. Batonik 4€, piwo 4€, tyle samo gałka lodów i paczka orzeszków. Lepiej nie przeliczać na PLN, bo można osiwieć.

W sklepie z pamiątkami puukko uśmiechają się zalotnie.

Wyjątek od zasady 4€ to karelskie pierniczki w K Market. 0.45€ przy zakupie trzech! Wspaniałe śniadanie

Second handy są tu tańsze niż w PL. Ale rozmiarówka zaczyna się od 42...

Msza w kościele katolickim, w języku polskim, ok ⅓ wiernych stanowią Azjaci, głównie Wietnamczycy i Filipińczycy. Mają wydrukowane modlitwy w zapisie fonetycznym i twardo próbują czytać. Podziwiam

Miasto wstaje późno. K Market otwiera się o 7, Lidl dopiero o 8, a w weekendy o 9. Gdy rano idę po pieczywo ulice są prawie puste, kilka samochodów (w większości służby komunalne), jacyś pojedynczy biegacze. W sklepie zazwyczaj jestem pierwszym klientem, czuję się jak intruz

Azjaci zawsze poruszają się w zorganizowanych grupkach

Nastolatek ma koszulkę z Milesem Davisem. Młody fan dobrego jazzu, czy też była na półce razem z “Nirvaną” i “TuPac-iem”?

Gdy odleciały samoloty do Malagi i Barcelony – lotnisko nagle opustoszało. Cisza, nieliczni pasażerowie drzemią na krzesełkach. Można czytać w spokoju.

Za rozmowy przez zestaw głośnomówiący w miejscu publicznym powinna być kara chłosty

Lotniska najpierw ogłaszają, że nie trzeba kupować wody w butelkach, jest woda pitna dostępna w terminalu – po czym stawiają dwa siurkające kraniki i udają, że wszystko ok

Ważny dzień – dla naszej kosmonautyki, dla społeczeństwa, dla samego Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, pierwszego od pół wieku Polaka w kosmosie. Przy okazji startu rakiety polskie media, jak zwykle, nie stanęły na wysokości zadania i zamiast skupić się na celu wyprawy i może nawet zrobić coś dla “misji edukacyjnej”, dały kolejny popis infantylizmu i miałkości. Co więc wg nich było ważne? Że wziął ze sobą pierogi, wiersz Szymborskiej i sól z Wieliczki... że miał naszywkę z flagą, że pozdrowił Polki i Polaków. Że jego żona miała białą suknię, a jej bratowa czerwoną. Że ona tęskni. Że jego tata to milioner. Kurde, jeszcze niech go do tańca z gwiazdami zaproszą.

Informacje o wyzwaniach stojących przed misją, eksperymentach, które Sławosz przeprowadzi, o celach naukowych zostały wciśnięte gdzieś tam w końcowe akapity.

Liofilizowane pierogi ważniejsze.

Jak każdy polski kierowca byłem przekonany, ba – wiedziałem – że jestem świetny. Nie straszne mi ciężkie warunki, śliska nawierzchnia... zawsze dam sobie radę. Moją supermocą była długa jazda. Taka naprawdę długa, naście godzin bez przerwy, czasem dłużej. Trasa w te i z powrotem do centralnych Niemiec? Nie ma sprawy, na jeden strzał, z przerwą na tankowanie. Gdańsk – Kraków? Pikuś, ruszajmy choćby teraz. Szybki wypad do Pragi?

Aż do pewnego pięknego dnia, gdy pędząc S7 zasnąłem za kierownicą i tylko krzyk pasażerki uratował nas przed wypadnięciem za barierki. W ostatniej chwili udało mi się odbić w lewo; skończyło się na skasowanym całym boku samochodu, na szczęście ofiar w ludziach brak. Po tym zdarzeniu dotarło do mnie, że nie jestem żadnym królem szos. tylko debilem, który dotychczas po prostu miał szczęście.

Po co o tym piszę? Bo czasem musimy dostać od życia po ryju, by dotarła do nas własna marność. Czasem musisz się publicznie zbłaźnić na firmowym evencie, byś zrozumiał, że już nie kontrolujesz swego picia. Albo zasłabnąć na środku ulicy, by zacząć szanować swój organizm. Albo na kolanach prosić ukochaną, by wróciła...

Każdy z nas ma swoją barierkę na S7.

Kiedyś na komputerze miałem mnóstwo programów: osobna aplikacja do muzyki, klient poczty, edytor tekstów, grafiki. Dziś 9o% rzeczy robię przez przeglądarkę, z zewnętrznych aplikacji zostało praktycznie kilka niedobitków. Po kolei:

Firefox – od zawsze moja podstawowa przeglądarka, z garścią przydatnych dodatków. W nim sprawdzam pocztę, bankuję, fediwersuję itd. Są dni, że jest to jedyny program jaki uruchamiam.

Libre Office – pakiet biurowy, wykorzystywany coraz rzadziej. Z writera korzystam naprawdę od wielkiego dzwonu, trochę częściej z arkusza kalkulacyjnego, który u mnie jest typowym “programem do tabelek”

EditPad Lite – do pisania krótkich tekstów (takich jak ten). Zastąpił windowsowego Notatnika.

QuiteRSS – zainstalowany po tym, jak wujek Google postanowił ubić swój czytnik. Prosty, lekki, czytelny, robi co trzeba – więcej nie potrzebuję.

KeePassX – manager haseł, używany od lat. Dzięki niemu unikam konieczności wymyślania nowych haseł, zapisywania ich na karteczkach, dopisywania “luty” na końcu i tych wszystkich rzeczy, których nie należy robić z hasłami.

I to tyle. Praktycznie już nie słucham muzyki na komputerze – teraz siedzę w rozkroku na dwóch skrajnych pozycjach: albo spotify, albo płyty. MP3 jeszcze się u mnie bronią w samochodzie, ale to ich ostatni bastion. Podobnie rzecz ma się z filmami, już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś na lapku oglądałem.