@pdus

Czy prowadzenie bloga jest boomerskie? Oczywiście, ale po co teksty mają się w szufladzie marnować

Pianoforte (2023) Krótkie ujęcie na widownię. Postacie zdają się wstrzymywać oddech; niektórzy siedzą na skraju foteli; gdzieniegdzie światło odbija się w przeszklonych oczach. Grupa starszych osób o — najpewniej — wysokim kapitale kulturowym i finansowym emocjonuje się słuchając koncertów niczym nastolatki obserwujące kiwki Lewandowskiego, czy fikołki innego Iron Mana. Ale to wszystko to tylko widok publiczności. To ich emocje wywołane grą. Na scenie odgrywa się inna fabuła, którą oko kamery jest zdecydowanie bardziej zainteresowane: walka z samym sobą, długie minuty wytężonej pracy umysłowej, przy której całym sobą walczy się o czystość dźwięku i tłumi ból odcisków na palcach. Jedna z osób występujących mówi po wszystkim, że tylko przez krótką chwilę (bo przecież nie przez całą długość trwania utworu) udało się jej stworzyć prawdziwą muzykę. Zdanie tak filmowe, że aż trudno uwierzyć, że pada na gorąco, po koncercie, w filmie dokumentalnym. Parę lat później Zendaya w “Chellengers” użyje dokładnie tego samego stwierdzenia o grze finalistów Wielkiego Szlema. Zdanie w obu kontekstach szokujące laika, bo jeśli mistrzowie świata potrafią dobrze spełniać swój fach jedynie przez parę minut po latach przygotowań, to co ja mogę robić na tanim keyboardzie, albo z paletką z Decathlonu? Reżyser uznaje ten film za historię o dorastaniu. To jego film, nie można więc mu tej opinii odebrać. Dla mnie to jednak przede wszystkim traktat o perfekcjonizmie. O trudności w jednowymiarowym opisie perfekcji, która jednocześnie jest i nie jest zbędna. I jednocześnie przybliża i oddala od przeżywania muzyki. Bo w tym filmie konkurs szopenowski jednocześnie jest tylko dyscypliną sportową i aż doznaniem transcendentalnym, a jedynie reżyserską decyzją kamera przygląda się głównie znojowi kolejnych prób, czy wybieraniu idealnego fortepianu. Ten film to rewers “Wiplash”.

Film o porwaniu CEO – założenie odważne, bo niebespiecznie bliskie wydarzeń z Nowego Jorku. Założenie tym ciekawsze, że nie oryginalne ani nowe. Yórgos Lánthimos adaptuje koreański film z 2003 i okazuje się, że już pierwowzór jest podejrzanie aktualny. Jaki jest więc materiał źródłowy Bugoni? To przede wszystkim film o przegrywie. Być może nie ma problemu ze znalezieniem partnerki; co więcej – z łatwością przychodzi mu manipulowanie i przywiązywanie do siebie kobiet. Jest to jednak osoba zniszczona i wykorzystana przez system. Chłopak z klasy robotniczej, którego otaczała śmierć wynikająca bezpośrednio z warunków pracy bliskich – niewystarczających zabezpieczeń, eksperymentów na ludziach, pacyfikowaniu strajków. Film wyraźnie obiera stanowisko. W żadnym momencie nie empatyzuje z torturowanym prezesem firmy. Punkt wyjścia – czyli uznanie prezesa korporacji przez chorego psychicznie mężczyznę za kosmitę – brzmi jak cyniczny komentarz dotyczący odczłowieczania w propracowniczych dyskusjach postaci wpływowych. W praktyce film zdaje się poważnie zgadzać z tą obserwacją. Teorie spiskowe przez większość czasu ekranowego nie mają znaczenia – uprowadzony nawet i może faktycznie być kosmitą, bo jest tak bardzo wyzbyty empatii i ślepy na skutki działań jego firmy.

Bez sensu tak czas na wstępy marnować. Rozbieg brać, pionki na szachownicy mozolnie rozstawiać. Dziś pierwszy akt to branie widzów za idiotów; uczenie podstaw prawdziwych ekspertów. Kim Superman jest, większość zainteresowanych wie, reszta niech odrobi wcześniej pracę domową i zobaczy inny film, albo Wikipedię przejrzy.

Jeszcze chwilę temu superbohaterów oskarżano o łopatologię. Każda nowa postać w uniwersum oznaczała nowy film według starego schematu. Schemat nie pozwalał się zgubić, nie dawał przestrzeni do namysłu. Najprostszy detal musiał zostać objaśniony.

Superman (2025) to wachnięcie w drugą skrajność – stworzenie pierwszego filmu w serii, który raczej przypomina odcinek serialu z połowy sezonu. Zabieg (rzecz jasna) w kinie znany, ale niemal nieobecny w głównym nurcie. Stąd też obawy niektórych krytyków o biednych widzów, którzy nawet jeśli nadążą za komiksową historią, mogą doświadczyć niepokojącego uczucia niepewności.

Obawa to zdziadziała i klasistowska, bo sprowadza widzów do tępej masy, o którą należy dbać, żeby nie zgubiła się przy pierwszym niekonwencjonalnym ruchu. Z drugiej strony jest to oznaka braku wyczucia konwencji, którymi kierują się internetowe krótkie formy.

Patrząc szerzej, zerwanie z klasycznym pierwszym aktem to nie nowość, a raczej standard w ostatnich latach. Wystarczy wspomnieć obie części Spider-Verse, gdzie każdy z filmów zaczyna się od punktu kulminacyjnego — jakiejś przedakcji — nigdy niewspomnianej później historii. Propp powiedziałby, że kompletnie zbędne to; że to nie służy fabule; że przedstawienie postaci zostaje i tak zdublowane we wprowadzeniu do historii.

Tyle że to nie ma znaczenia.

Nastąpiła nowa logika: stan wojny o uwagę. Film przestał od pierwszych minut komunikować się z przekonanymi, bo gdy posiada się abonament na seanse, czy streaming, początek filmu staje się wersją demonstracyjną. Pierwszy akt to test, próba zdobycia uwagi, w której użyteczność fabularna schodzi na dalszy plan.

Chyba jeszcze nikt nie widzi tego trendu, a może pośpieszyłem się z ich wytknięciem. Jeśli jednak nowa struktura stanie się standardem, a krytycy zaczną o tym pisać, znów dowiemy się o kolejnej śmierci kina i następnym pokoleniu, które do tego doprowadziło.