Pianoforte (2023) Krótkie ujęcie na widownię. Postacie zdają się wstrzymywać oddech; niektórzy siedzą na skraju foteli; gdzieniegdzie światło odbija się w przeszklonych oczach. Grupa starszych osób o — najpewniej — wysokim kapitale kulturowym i finansowym emocjonuje się słuchając koncertów niczym nastolatki obserwujące kiwki Lewandowskiego, czy fikołki innego Iron Mana. Ale to wszystko to tylko widok publiczności. To ich emocje wywołane grą. Na scenie odgrywa się inna fabuła, którą oko kamery jest zdecydowanie bardziej zainteresowane: walka z samym sobą, długie minuty wytężonej pracy umysłowej, przy której całym sobą walczy się o czystość dźwięku i tłumi ból odcisków na palcach. Jedna z osób występujących mówi po wszystkim, że tylko przez krótką chwilę (bo przecież nie przez całą długość trwania utworu) udało się jej stworzyć prawdziwą muzykę. Zdanie tak filmowe, że aż trudno uwierzyć, że pada na gorąco, po koncercie, w filmie dokumentalnym. Parę lat później Zendaya w “Chellengers” użyje dokładnie tego samego stwierdzenia o grze finalistów Wielkiego Szlema. Zdanie w obu kontekstach szokujące laika, bo jeśli mistrzowie świata potrafią dobrze spełniać swój fach jedynie przez parę minut po latach przygotowań, to co ja mogę robić na tanim keyboardzie, albo z paletką z Decathlonu? Reżyser uznaje ten film za historię o dorastaniu. To jego film, nie można więc mu tej opinii odebrać. Dla mnie to jednak przede wszystkim traktat o perfekcjonizmie. O trudności w jednowymiarowym opisie perfekcji, która jednocześnie jest i nie jest zbędna. I jednocześnie przybliża i oddala od przeżywania muzyki. Bo w tym filmie konkurs szopenowski jednocześnie jest tylko dyscypliną sportową i aż doznaniem transcendentalnym, a jedynie reżyserską decyzją kamera przygląda się głównie znojowi kolejnych prób, czy wybieraniu idealnego fortepianu. Ten film to rewers “Wiplash”.