Zmartwychwstanie (2025)
Ostatnia scena, widać metę, czas do domu. Po niespełna trzech godzinach kinofilskiej podróży po historii kina, gdy już przychodzi czas na szukanie czapki i zakładanie płaszcza, reżyser postanawia wypuścić widzów do codzienności z ostatnim kadrem. Opuszczone kino i duchy gromadzące się przed ekranem. I nagle, na dosłownie sekundę, ogarnia mnie poczucie świętości rytuału, który się tu odbył. Obejrzałem film, a to faktycznie nie byle co. Na prawie trzy godziny zanurzyłem się w fikcji, żyłem innym życiem, a do tego ten sen śnili, śnią i śnić będą dziesiątki tysięcy na całym świecie.
Częścią magii kina jest to, że sprawnie zainscenizowany banał nabiera potężnej mocy. Tak też jest i tu. Niedzielny widz zobaczy w poprzednim akapicie bezsensowne bajdurzenie; kulturoznawca uzna za banał stary jak psychoanaliza; a ja naprawdę doświadczyłem sekundy niemal religijnego uniesienia. Szkoda tylko, że to jedna scena w filmie stworzonym wyłącznie dla kinoflów.
No bo w tym cały ambaras, żeby nie mówić tylko do tych już przekonanych. Ja wiem, że kocham kino; znam jego historię i wciąż poszukuję nowego przekroczenia granicy. Nie potrzebuję powtórki z filmoznawczych zajęć, nie trzeba mnie na kinofilię nawracać, filmy składające się z popisów erudycji uznaję za puste. Tak też odczytuję Zmartwychwstanie — jako film zachwycony samym sobą: swoją sprawnością w reinterpretacji klasycznych toposów; własną zdolnością do tworzenia zapierających dech kadrów; ilością zaliczonych przez twórców filmów z całego świata. Co jednak po tym, jeśli zbłąkana dusza nic nie zrozumie, a wyjadacz uzna to wszystko za odtwórczą popisówę?
Fajnie, że każdy kadr wypełnia przechych i piękno. Czuć tu rozmach i kreatywność w reinterpretowaniu znanych toposów. Wszystkie epizody mogłyby bez problemu spuchnąć do pełnego metrażu i tym samym zawstydzić poziomem realizacji niejeden film starający się tchnąć powiew świeżości w utarte schematy. Problem tylko w tym, że reżyserowi skupionemu na udowadnianiu widzom swojej wiedzy i kreatywności nie starczyło uwagi na zadbanie, by całość była w jakikolwiek sposób naturalna. Oczywiście, oniryczna atmosfera i logika marzenia sennego z założenia pozbawia naturalności. Jednak natrętna chęć popisywania się mimowolnie odrzuca i odciąga uwagę od treści filmu.
Fabuła spinająca kolejne etiudy wykładana zostaje na początku filmu łopatą: oto przyszłość, w której śnienie zostaje zakazane jako działalność niebezpieczna i bezproduktywna, a główna bohaterka przygląda się śnieniu jednemu z ostatnich fantazjujących osób na świecie. Metafora prosta i jakże uwznioślająca każdego, kto znajduje się na sali kinowej. „Gratuluję, drogi widzu. Poświęcasz właśnie trzy godziny swojego życia na oglądanie fikcyjnych historii. To brawurowy akt rebelii przeciwko kultowi produktywności z twojej strony” zdaje się mówić reżyser tym filmem. Po wyjściu z kina połechtanemu widzowi nie zostaje nic innego, niż tylko dołożyć swoją cegiełkę do zmartwychwstania kinematografii. Tylko co to ma oznaczać?
No bo jeśli kino ma zmartwychwstać, to nie dzięki klechom, którzy reinterpretują dogmatyczny kanon, tylko dzięki wizjonerom, wprowadzającym formalną świeżość i czującym społeczne nastroje. W imię takich reżyserów jest sens nawracać. No, chyba że uznamy, że nie każdy wszystko ma rozumieć. Może chodzi właśnie o to, że kino ma być zabawą dla wtajemniczonych. Zwykli śmiertelnicy nich się lepiej telewizją i tiktokiem zajmą, bo zaszczytu, jakim jest możliwość zakupu biletu do kina, dostąpią jedynie magistrzy filmoznawstwa.
Dobra, za daleko. Nie ma co w rozważaniach za duży rozpęd brać i fałszywe dychotomie tworzyć. Dylemat jednak istnieje. Oczywiście nie myślę tu o potrzebie tworzenia sztuki przez duże “S”, bo jednak podział na wysokie i plebejskie istnieje w dyskursie publicznym tylko dzięki sztucznemu podtrzymywaniu przy życiu przez miłośników pruskiego ornungu. Chodzi mi raczej o podział na kino poszukujące, mające jakiekolwiek kreatywne ambicje i produkty odtwórcze. Szkopuł w tym, że na tak narysowanym spektrum, “Zmartwychwstaniu” bliżej do Marvela.